Szukaj

Południk 21 - trailer

Andrzej Franaszek "Miłosz. Biografia"

Na początek dwie dobre wiadomości. Po pierwsze – prawie tysiącstronicowa biografia Czesława Miłosza pióra Andrzeja Franaszka liczy sobie zwartego tekstu „jedynie” nieco ponad siedemset stron (reszta to przypisy i bibliografia - i tak przekraczające objętością niejedną pracę magisterską o twórczości Noblisty!). Da się więc książkę przeczytać krócej niż w miesiąc, a ci wszyscy, którzy – słysząc jak obszerne jest to opracowanie – już ze strachem rezygnowali z wyzwania lektury, powinni zweryfikować własne decyzje. Bo – co trzeba przyznać na wstępie – czyta się pracę Franaszka znakomicie. Autor odnalazł właściwy ton i styl – umiarkowanie zdystansowany a jednocześnie swoiście empatyczny – który czyni lekturę naprawdę prawdziwą przyjemnością
Po drugie – i w nawiązaniu do powyższej diagnozy - na szczęście nie jest to „biografia śledcza” (jak chociażby słynna rzecz Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim), tylko „biografia rozumiejąca”. Nie ma tu niezdrowej pogoni za skandalem, za ujawnieniem, za demaskacją czy demistyfikacją. Z drugiej strony Franaszek, mimo że zdradza pod koniec swej opowieści, iż jest entuzjastą pisarstwa autora „Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” nie tworzy też hagiografii – wszelkie zabiegi idealizacyjne są mu obce. W istocie udaje mu się znaleźć ów złoty środek pomiędzy skrajnościami, by transparentnie snuć opowieść o twórczości i życiu Noblisty. Biograf pozostaje przy tym rzetelny: nie ukrywa i nie zakrywa kwestii niejednoznacznych (dotyczących zarówno życia jak i pisarstwa swego bohatera), jednak pisze o nich z pozycji obserwatora – starając się raczej interpretować niż oceniać. To wielki walor tej książki.
Niektórzy akademicy (nie wszyscy oczywiście!) będą nieco kręcić nosem. Bo Franaszek łączy (inni powiedzą: miesza) porządki dyskursu. Przywołuje listy, a także teksty niepublikowane (mając dostęp do archiwum poety ) oraz utwory literackie (osobliwie, i głównie, wiersze), które interpretuje „dośrodkowo”, to znaczy odnosząc je właśnie do biografii. W polskiej tradycji badawczej twórczość interpretuje się raczej „odśrodkowo” - odnosząc utwory do rzeczywistości pozabiograficznej (czyli do rozmaitych: filozoficznych, historycznych, estetycznych kontekstów). Koncept, by w utworach literackich dostrzegać wytłumaczenie (ilustrację? prezentację?) postaw życiowych pisarza można z jednej strony tłumaczyć psychoanalitycznymi skłonnościami komentatora, ale z drugiej – inspiracją anglosaską (na przykład) szkołą biografistyki.
W istocie książka Franaszka to połączenie biografii i monografii poetyckiej. Sam autor wskazał na tę cechę (inni powiedzą: skazę) - która da się odczytać również jako niepowtarzalny rys kompozycyjny - deklarując własny, ostateczny zamiar: „Wiesz dobrze, że na temat tak zwanego dzieła napisano już Himalaje tekstów, nie dodasz tu wiele, to jego Zycie, bez porównania mniej znane, frapujące, niezwykłe, jest Twoją opowieścią – musiałem sobie w końcu powiedzieć.” Co z tej metody wynika? Zapewne jakaś konfuzja dla fachowców (badaczy literatury) ale też frajda czytelnicza. Bo nie ma co kryć: książka Franaszka to „jazda obowiązkowa” dla wszystkich tych, którzy zainteresowani są życiem i dziełem Miłosza. Zarówno miłośników jego pisarstwa, jak i tych, którzy zamierzają pogłębić własne studia nad twórczością pisarza. Śmiem twierdzić, że to już pozycja, dla jednych i drugich, kanoniczna.
Jest wszakże jedno „ale”. Wyraźnie widać pewną dysproporcję w kształcie książki. Opracowanie Franaszka jest nadzwyczaj wnikliwe, drobiazgowe – można by rzec – i uważne, jeśli idzie o czasy „przed Noblem”. Lata ostatnie życia i pisarstwa autora „Zniewolonego umysłu” to raczej skrót i zarys. Rozumiem, że to efekt presji, by biografia Czesława Miłosza pojawiła się w roku jubileuszowym, w momencie celebracji. Oznacza to jednak, że dzieło wymaga rozwinięcia, choćby w kolejnej rozszerzonej edycji. Bo weźmy chociażby takie zdanie Franaszka traktujące o aktywnościach Czesława Miłosza w latach 90. XX wieku: „…udzielał wywiadów, brał udział w audycjach radiowych i programach telewizyjnych, wypowiadał się w filmach dokumentalnych, uczestniczył w promocjach, publicznych dyskusjach, przygotowywał dziesiątki wykładów, fundował i przyznawał własną nagrodę literacką, współorganizował kolejne amerykańsko – polskie seminaria poetyckie, patronował, upominał się o pamięć o zmarłych poetach, wynajdował i nagłaśniał książki młodych pisarzy.” Ileż tu wątków, problemów, zjawisk! Żeby tylko przybliżyć kilka: autor „Trzech zim” brał bardzo aktywny udział w tamtych czasach w gorącej dyskusji nad (domniemanym?) odradzaniem się idei endeckich, stając, na łamach, choćby „Gazety Wyborczej” w gronie tych, którzy przed owym (domniemanym?) renesansem myśli narodowo – demokratycznej przestrzegali. A działalność promocyjna? Przecież gdyby nie artykuł Miłosza o powieści Tomka Tryzny pod tytułem „Panna Nikt” (jako o pierwszej polskiej książce postmodernistycznej – skądinąd to mocno kontrowersyjna teza), nikt by o tej powieści tak naprawdę nie usłyszał, a Andrzej Wajda nie nakręciłby (nieudanego, niestety) filmu opartego na kanwie jej fabuły. O tym wszystkim chciałoby się przeczytać więcej, tak samo jak chciałoby się dowiedzieć o życiu osobistym Noblisty, o jego małżeństwie z Carol – przynajmniej w stopniu tak szczegółowym (i jednocześnie – tak wyważonym), jak opisane zostało pierwsze małżeństwo Miłosza i jego artystyczno – publicystyczna działalność „przed Noblem”.
 Nadmierne narzekania byłyby wszakże grzechem. Andrzej Franaszek podjął się doprawdy wielkiego wyzwania i – trzeba przyznać – podołał mu. Biografia ma imponujący wymiar i trzeba pochylić się w podziwie dla pracowitości i warsztatu  autora.
No dobrze, ale jaki Miłosz wyłania się z kart tej jakże obszernej książki? Przede wszystkim biografia Franaszka obala społecznie potoczny mit o autorze „Traktatu poetyckiego” jako o dziecku szczęścia i człowieku nieustannego sukcesu. Passusy o okresach biedy czy też prawdziwej nędzy (przedwojennej czy emigracyjnej – we Francji); fragmenty o rozmaitych dramatach osobistych i rodzinnych (choroba i śmierć pierwszej żony, śmierć drugiej, choroba psychiczna młodszego syna Piotra) wywierają na czytelniku wielkie wrażenie. Zwłaszcza, że – jak się rzekło – Franaszek niczego nie zdaje się ukrywać, jednocześnie pisząc o sprawach drażliwych w sposób tyleż taktowny, co obiektywny. Podobnie rzeczy się mają, gdy podejmuje kwestie w biografii Miłosza zagmatwane, niejasne i nie do końca jeszcze wyjaśnione, jak choćby sprawa litewskiego paszportu okupacyjnego, okoliczności wyboru emigracyjnej drogi na początku lat pięćdziesiątych czy też relacji – co tu kryć – romansowych poety z rozmaitymi, często publicznie znanymi, kobietami.
Czesław Miłosz jawi się zatem w tej biografii jako pełnokrwisty człowiek i subtelny, intelektualny pisarz. Zmagający się z licznymi, na ogół dość wysublimowanymi (filozoficznie, egzystencjalnie, religijnie) dylematami w swej twórczości, ale także jako ktoś, kto stawał w realnym życiu wobec naprawdę poważnych konkretnych problemów. Książka Franaszka to rzecz o człowieku niebagatelnym, którego życie może być – dla nas czytających – nauką. Jeśli tylko dobrze, uważnie i rozumiejąco ją przeczytamy.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 29-05-2011  |   komentarze: (2)

Miłosz i ciasteczka

Na moment wpadłem do Krakowa, by – w ramach 2.Festiwalu Czesława Miłosza (i w roku Noblisty!) poprowadzić rozmowę trzech autorytetów: Aleksandra Fiuta, Mariana Stali i Marka Zaleskiego o poezji autora „Traktatu poetyckiego”.
Rzecz miała miejsce na Placu Szczepańskim, w futurystycznym, ufoidalnym namiocie. Tenże namiot nabity publicznością, dostaliśmy brawa, rozmowa chyba – z punktu widzenia – odbiorców udana (profesorowie łaskawie tolerowali moje pytania, odpowiadali – jakże by inaczej – kompetentnie i dowcipnie). Jeśli nasze spotkanie zdopingowało kogoś, by sięgnął po wiersze Miłosza lub/i sięgnął po książki uczonych miłoszologów, uczestników dyskusji – no to rzeczywiście sukces.
Festiwal Poety imponujący programem, szkoda, że – z powodu rozmaitych zawodowych konieczności – nie mogłem zostać dłużej.
Od organizatorów dostałem torbę rozmaitych gadżetów, pamiątek i materiałów informacyjnych (o mieście, o regionie, o Poecie wreszcie). Wśród tego całego dobra – zdziwienie: ciasteczka i czekoladki opakowane w folię i opatrzone autografem Miłosza (przypominające te, które czasami dostajemy do kawy w lokalach gastronomicznych).
Pierwsza myśl: czy to aby jednak nie przesada? Druga myśl: może jednak nie, przecież autor „Obłoków” miał dystans do siebie, poczucie humoru, no i – przebywając lata na Zachodzie – rozpoznał reguły marketingu. Więc pewnie nie miałby nić przeciwko tym czekoladkom (pamiętam go jak podczas gali Nagrody Nike – wtedy, gdy otrzymał laur za „Pieska przydrożnego” – zasiadł w jakimś ustroniu z talerzem pełnym wędlin i kieliszkiem wódki, by – nie niepokojony przez nikogo – pałaszować ze smakiem wiktuały).
Trzecia myśl: ale chyba jednak większą niebiańską przyjemność sprawiliby organizatorzy Poecie, opatrując jego nazwiskiem ekskluzywną edycję polskiej białej wódki oraz dżemu truskawkowego. Jak można by – ewentualnie – spożytkować marketingowo „ciemną słodycz kobiecego ciała” nie mam, proszę wybaczyć, pomysłu.
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 10-05-2011  |   komentarze: (4)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl