Właśnie zabierałem się do pisania tekstu o Polskiej Szkole Felietonu oraz o twórczości Jerzego Pilcha (i moich z nią kłopotach, że się tak wyrażę), kiedy nadeszła matura pisemna z języka polskiego i dostałem łopatą w łeb.
Wedle obowiązującej teraz poetyki egzaminu maturalnego polonistom nie wolno nawet przebywać w szkole, kiedy odbywa się sprawdzian. A zatem dowiadujemy się o wszystkim z mediów oraz z telefonów znajomych. Przyznam szczerze, że - kiedy zaprzyjaźniony inny polonista poinformował mnie o kształcie zadań maturalnych – nie mogłem uwierzyć własnym uszom.
Otóż tematy wypracowań na tzw. poziomie podstawowym (zdaje go jakieś 90 – 93% populacji abiturientów) były KURIOZALNE! Porównanie Zosi i Telimeny w “Panu Tadeuszu”? Stosunek – za przeproszeniem – Bylicy do córek + ogólne refleksje o losie starych ludzi w “Chłopach”? Zgroza.
(dla przeciwwagi: tematy na tzw. poziomie rozszerzonym – całkiem, całkiem. Dość trudne, z elementami przekrojowości, badające umiejętność deskrypcji znaczeń symbolicznych i metaforycznych tekstu, no, no...).
Jestem umiarkowanym entuzjastą IDEI nowej matury. W porównaniu do starego modelu oferuje ona o wiele większą skalę standaryzacji, czyni też realnymi wymagania – wobec ogólnego umasowienia (w dzisiejszych czasach zdaje ten egzamin nie 10% rocznika – jak kiedyś; skądinąd tyle było mniej więcej szlachty w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, tylko około 80%). Obniżenie wymagań oraz standaryzacja (aby egzamin miał walory porównywalności w skali kraju) są w takim wypadku nieuniknione (zwłaszcza jeśli matura ma spełniać też rolę kwalifikatora na wyższe uczelnie).
Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach, czyli w realizacji. Centralna Komisja Egzaminacyjna najwyraźniej zapętliła się w przyjętych przez siebie samą wytycznych i wyprodukowała w tym roku gniot najwyższego rzędu (choć i do tematów z poprzednich edycji nowej matury można się spokojnie doczepić).
I teraz po kolei.
Po pierwsze test z rozumienia treści. Jest zazwyczaj przyczynkarski, domaga się podawania jakichś dupereli (np. charakterystyki środków stylistycznych użytych przez autora, charakterystyki chwytów budujących spójność opowieści itp.), ale w istocie nie bada RZECZYWISTEGO zrozumienia przesłania, wymowy, tez. Można tu – na poziomie podstawowym – zdobyć aż 20 punktów (z 70), co wydaje się przesadą. Badać umiejętność czytania ze zrozumieniem na maturze wypada, moim zdaniem, ale nie tak. Powinno być tu mniej punktów do zdobycia, a i bardziej winno chodzić o to, czy piszący delikwent “załapał” o co “w ogóle biega” (a więc i pytania bardziej otwarte, nastawione na opis i charakterystykę całości tekstu jako takiego). No i same teksty mogłyby być bardziej wymagające (czyli – raczej esej: popularnonaukowy, literacki czy filozoficzny, a nie zwykła gazetowa publicystyka).
Wreszcie wypracowanie. Porównanie postaci Zosi i Telimeny na przykładzie podanych fragmentów “Pana Tadeusza” to jest poziom gimnazjalny, nie licealny. Nie trzeba znać całości tekstu, nie trzeba wiedzieć niczego o niezbędnych kontekstach, by sobie w tym wypadku poradzić. A to znaczy, że zostaje wysłana do ludności zdającej informacja, że de facto nie trzeba się w ogóle uczyć, bo średnia inteligencja funkcjonalna wystarczy, by maturę zdać. Zgroza, zgrona i jeszcze raz zgroza.
Temat maturalny – także na poziomie podstawowym - powinien zawierać co najmniej 3 – stopniowane w trudności – zadania. Po pierwsze – charakterystykę postaci czy problemu na poziomie fragmentu załączonego; po drugie – odniesienie się do całości utworu (utworów), jego sensów, przesłań, pytań, wątków tematycznych i problemowych; po trzecie – umieszczenie danego utworu w niezbędnych kontekstach (historyczno – literackim, historycznym, politycznym, filozoficznym itp.).
Dalej – błędy merytoryczne powinny być penalizowane ( w tej chwili nie są – a to już zgroza do drugiej potęgi). Można napisać dowolną bzdurę i maturę jednak zdać, bo schemat odpowiedzi, zwany potocznie “kluczem”, nastawiony jest tylko pozytywnie – na “wyłapywanie” elementów merytorycznie właściwych.
I – last but not least – dolna granica wymaganej objętości to 250 słów (liczą się też np. spójniki – SIC!). To raptem półtorej strony przy “normalnym” charakterze pisma. MAŁO! To zachęta do produkowania ogólników i pisania schematycznych powierzchowności...
CKE w obecnej edycji matury przeszła samą siebie, bo wymyśliła tematy ultrałatwe i tak naprawdę NICZEGO – NIE – SPRAWDZAJĄCE. To kompromitacja rzeczonej idei nowej matury i sprowadzenie jej istoty do parodii. Nie dziw, że jej krytycy zacierają ręce.
To dziwaczny zaiste paradoks, że dziś instytucja, która została powołana, by maturę zorganizować rzetelnie i umieścić ją poza bieżącymi sporami politycznymi (jakie lektury ważne, jakie nie itp.) – sama staje się główną siłą negującą IDEĘ standaryzowanej, umasowionej matury. CKE przydałaby się superwizja (kontrola, nadzór), bo się to towarzystwo najwyraźniej zamknęło w obrębie własnych dogmatów (związanych z tzw. pomiarem dydaktycznym i ewaluacją) i zaczęło w związku z tym produkować zwyczajne gnioty.
(O felietonistyce polskiej, felietonistyce Jerzego Pilcha, a także o jego opowiadaniach i – wybranych – powieściach - następnym razem; obiecuję).