Szukaj

Południk 21 - trailer

Zmarł Zdzisław Pietrasik

 
 Chciałem ten smutny fakt odnotować, ale daleki jestem od pisania ckliwego pożegnania. Choć z drugiej strony w pamięci przywołuję postać pana redaktora jedynie w jasnych barwach.

Znaliśmy się wiele lat – pierwszy raz spotkałem go w redakcji „Polityki” gdzieś pod koniec lat 80. XX wieku, gdy rozpoczynałem współpracę z tym pismem - ale do końca pozostaliśmy „na pan”. Pan redaktor wyróżniał się spośród ludzi swego zawodu, a poznałem ich przez te wszystkie lata sporo, w różnych redakcjach, radiach, telewizjach. Nie był powierzchowny i płytki jak wielu z nich, nie kręcił, gdy czegoś odmawiał, redagując moje teksty robił to po mistrzowsku i wycinał tylko to, co wyciąć należało, by artykuł brzmiał lepiej.

Zapamiętałem go jako człowieka życzliwego, ciekawego, otwartego na innych. No i właściwie chyba nigdy nie spotkałem go skwaszonego, złego, bezinteresownie złośliwie ironicznego – a taka postawa uchodzi u nas za przejaw błyskotliwości. Przeciwnie – pamiętam go zawsze raczej uśmiechniętego. I rzecz, którą sobie właściwie teraz dopiero uświadomiłem: pan Pietrasik zawsze raczej pytał, a potem słuchał odpowiedzi niż sam perorował. To rzadkie w środowisku, gdzie większość ludzi uchodzi we własnych oczach za wyjątkowych mądrali.

Ostatnio nie spotykaliśmy się zbyt często, w zasadzie dorocznie na „Paszportach”, których pan redaktor był inicjatorem. On przestał być szefem działu kultury i z pozycji zwykłego pracownika czy współpracownika na emeryturze poświęcił się teatrowi – a ja przestałem pisywać do gazet. Więc nie widywaliśmy się niemal prawie wcale. Ale dobrze było wiedzieć, że jest tam gdzieś Zdzisław Pietrasik, ta świadomość uprzyjemniała świat.

I choć byliśmy właściwie tylko znajomymi, czuję się tak, jakby odszedł ktoś z rodziny, jakiś fajny wujek, o którym myśli się z sympatią czy sympatyczna ciocia, która nie narzucała swej obecności, a z którą fajnie było od czasu do czasu pogadać.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 29-04-2017  |   komentarze: (0)

Wolne niedziele i święta

 

Trwa dyskusja o zakazie (ograniczenia) handlu w niedziele. Rzecz niby spoza sfery kultury, ale jednak nie do końca. Argumenty zwolenników zakazu (ograniczenia) handlu w niedzielę i święta (choć w tym drugim przypadku rzecz już właściwie funkcjonuje) są powszechnie znana, podobnie jak argumenty zwolenników pozostawienia wolności w tej materii. Obie strony wytaczają powody natury społecznej, kulturowej (a nawet religijnej) czy ekonomicznej…
Interesujące jest to, że sprawa dotyczy handlu, a właściwie pracy ludzi z branży handlowej; inne sfery życia, gdzie ludzie intensywnie pracują w niedziele i święta jakoś nikogo (czy naprawdę?) nie zajmują.

A weźmy choćby edukację. Przez lata prowadziłem intensywne kursy z języka polskiego, przygotowujące młodzież do matury z tego przedmiotu. Zajęcia odbywały się w soboty i niedziele i trwały trzy godziny zegarowe (czyli około czterech godzin lekcyjnych, gdyby nie było przerwy – co oczywiście nie było możliwe). Kurs zaczynał się mniej więcej w połowie lub drugiej połowie lutego (w zależności od dat trwania międzysemestralnej przerwy w szkole – tzw. ferii zimowych), a kończyły się w okolicach pierwszych dni maja (też wolnych ustawowo). W ciągu tego czasu miałem wolne tylko cztery dni – od Wielkiego Piątku do poniedziałku świątecznego. Cztery wolne dni w ciągu mniej więcej dwóch i pół miesiąca! Bo przecież w tygodniu roboczym chodziłem normalnie do pracy, pięć dni w tygodniu.

No dobrze, ktoś powie – ale to był mój wybór, nikt mnie nie zmuszał, a ponadto nie robiłem tego za darmo, stawki honorariów za takie kursy są na ogół dość wysokie (przewyższające nawet 2, 3 razy stawki indywidualnych korepetycji). Otóż to – odpowiem, to był wybór, a korzyścią było sowite wynagrodzenie.

Podobnie jest i w innych dziedzinach: na uczelniach wyższych (studia zaoczne i podyplomowe) czy w rozmaitych służbach: straży pożarnej, lecznictwie, policji itd. Czy choćby w muzealnictwie; przecież większość placówek tego typu jest otwarta w weekendy, by być zamkniętymi raptem jednego dnia w tygodniu roboczym. Tu również ustala się grafiki tak, by pracownicy mieli np. co drugi weekend wolny, chyba, że zdecydują inaczej, by otrzymać potem ekwiwalent dni wolnych do wykorzystania w innym terminie (np. formie dłuższego urlopu wypoczynkowego).

Koronnym argumentem zwolenników zakazu handlu jest sytuacja pracowników wielkich sieci handlowych i sklepów w tzw. galeriach. Mają oni być pod presją pracodawcy co do tej pracy oraz instrumentalnie zarządzani przez tworzenie grafików na kształt których mają ograniczony, jeśli nie żaden, wpływ.

Czy zatem nie tędy droga do regulacji? A gdyby pracodawca został ustawowo zobowiązany do takiego obciążania pracą, by pracownik miał w miesiącu np. co najmniej połowę weekendów wolnych? I gdyby praca w weekendy musiała być ZNACZĄCO lepiej opłacana niż ta w tygodniu? Przepisy te oczywiście musiały by być bardzo dokładnie egzekwowane, a kary dla pracodawców surowe.

O ile projekt kary więzienia dla pracodawcy łamiącego zakaz handlu w niedziele brzmi groteskowo, to już taki projekt kary dla pracodawcy uporczywie niewywiązującego się z powyżej zarysowanych regulacji brzmi logicznie. I pracodawca by się nad tym pochylił; kombinując jak tu połączyć funkcjonowanie podległej mu placówki z koniecznością dobrego wynagrodzenia pracowników, zabezpieczenia im odpowiedniej liczby wolnych dni (w weekendy) i wymyślenia takiej metody tworzenia grafików zajęć, by mniej więcej bez powszechnych narzekań pracowników to wszystko funkcjonowało. Rzecz bowiem w odpowiednim zarządzaniu i logistycznych rozwiązaniach. A jak się pracodawcom takiego zadania nie stawia, to nie wymyślają. Wiem, bo sam jestem od dobrych kilku lat jednym z nich.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 17-04-2017  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl