Szukaj

Południk 21 - trailer

Czytanie powinno być przygodą

 

Moja średnia córka Weronika (lat 10) w zasadzie nauczyła się czytać sama. Pierwszą samodzielnie pokonaną przez nią książką była „Ronja, córka zbójnika” Astrid Lindgren. Wera lubi czytać, ale tylko to, co lubi. Ponieważ jest fanką jazdy konnej, w ostatnich sezonach dominuje w jej czytelniczym portofolio głównie ta tematyka. Wiemy, że pasją czytelniczą zaraziła się od nas, swych rodziców. Wciąż przecież widziała nas albo z gazetą albo z książką w rękach. Wiemy, bo się zwierzyła. Nasza najstarsza córka Basia (lat 20), dla której jesteśmy rodziną zastępczą, nie miała takich tradycji rodzinnych. Ale ją też zaraziliśmy przez ten czas, który spędziła z nami, po przeżyciu dziesięciu lat w domu dziecka. Dziś Baśka jest namiętną czytelniczką kryminałów – i to tych z najwyższej półki (Camillieri, Donna Leon, Krajewski). To, że w ogóle czyta z własnej inicjatywy uważamy przeto za jeden z naszych najważniejszych sukcesów wychowawczych.

Po pierwsze więc atmosfera domu i jednak wzorzec formacyjny w osobach rodziców. Kiedyś Wera nakryła mnie wzruszonego nad książką. Czemu płaczesz? – zapytała zdziwiona. Bo czytam wstrząsającą historię, taką o ludzkim, niesprawiedliwym cierpieniu – odpowiedziałem (jakby jakiekolwiek ludzie cierpienie mogło być sprawiedliwe). Opowiedz mi o tym – odrzekła Weronika i usiadła mi na kolanach. Później, gdy była już starsza, zdarzyło się jej przepytać mnie z moich własnych książek, które napisałem. I czytaliśmy jej codziennie, znacznie dłużej niż te dwadzieścia minut, jakie zalecano w ogólnopolskiej akcji „Cała Polska czyta dzieciom”. Książki otaczają nas w domu, wylewają się z półek, zapraszają do siebie. Czytanie jawi się więc Werze najwyraźniej jako zupełnie naturalna czynność ludzka. Nikt inny oprócz nas, jej rodziców, nie zbudowałby tej proczytelniczej atmosfery. Nie wymyślam więc prochu i jestem świadomy
konserwatywnego charakteru mego stanowiska. Ale to działa!

Ale jeśli dom nie buduje takich nawyków? Dziecko idzie do szkoły chłonne doświadczeń. W początkach podstawówki jest radosne, otwarte i zazwyczaj chce się uczyć, bo to nowość, perspektywa innego świata niż ten znany, domowy. Z jakimi lekturami się spotyka? Wera akurat należy do pokolenia, które ucierpiało na – kolejnej – reformie szkolnej. Ponieważ chodziła do zerówki szkolnej w okresie przełomowym (to znaczy podczas żmudnego procesu wdrażania któregoś tam z kolei etapu owych przemian w edukacji), dotknął ją zakaz (tak jest!) nauczania czytania na tym poziomie. Musieliśmy, jako rodzice tego rocznika, wymusić na dyrektorce szkoły, nieformalną zgodę na nauczanie alfabetu i w konsekwencji czynienie pierwszych kroków w czytaniu. Po burzliwym zebraniu w szkole, kiedy zapadły już, pozytywne dla nas decyzje, ojciec innej dziewczynki z klasy Weroniki, skomentował to sarkastycznie, gdyśmy szli do samochodów: „Patrz pan, to jak k… za okupacji, trzeba się domagać, by uczono rodzimego języka”.

A potem – bach! „Plastusiowy pamiętnik”. Zacna lektura. Moi rodzice ją czytali, ja ją czytałem, a teraz Wera. Na szczęście jedynie jakieś fragmenty. No i Weronika szybciej je przeczytała niż mnie później przyszło wytłumaczyć jej, co to jest „stalówka”. Odklejenie od realiów rzeczywistości, które stało się domeną polonistycznej dydaktyki, jest dojmujące. W ten chociażby sposób szkoła kształtuje swój wizerunek instytucji retroaktywnej, serwującej uczniom dziwadła, które nijak nie usłużą im w życiowej drodze. I w pewien sposób zabija ich naturalny optymizm poznawczy.

W młodszych klasach (czyli na etapie nauczania początkowego oraz w podstawówce) szkoła winna, jestem o tym głęboko przekonany, promować czytelnictwo. Także sięgając po nowoczesne środki takie, jak audiobooki czy ebooki. Na lekcjach polskiego powinny pojawiać się komputery, albo lekcje te winny odbywać się częściej w pracowniach komputerowych. Ale promocję tę można też uprawiać z tradycyjnymi książkami papierowymi. Dostosowując lektury do współczesności i rezygnując – chociażby i z zacnych – tekstów archaicznych. Dalej: podbudowując dziecięcy entuzjazm czytelniczy i wciągając uczniów w sam promocyjny proceder. W klasie Weroniki nigdy jeszcze nie odbyła się lekcja, na której uczniowie mogliby zaprezentować z pasją swoje własne lekturowe dokonania. Jestem pewien, że Wera z emfazą opowiedziałaby o swoich „końskich” książkach (albo choć o jednej, wybranej), zarażając być może innych swą czytelniczą energią. Żadna z wycieczek szkolnych nie miała na celu odwiedzenie Biblioteki Narodowej czy choćby redakcji jakiegoś czasopisma. Albo choćby kina, by obejrzeć udatną książkową ekranizację (takie seanse mogłyby się też odbywać w samej placówce!). Dzieciaki zanurzone są w sposób naturalny w polisensorycznej kulturze, szkoła nie może się odwracać od tego faktu, tylko mądrze zaplanować uczestnictwo w tym modelu kulturowym.

Do tego potrzeba właściwie wykształconych i dokształcanych (już na etapie zawodowym) nauczycieli. Szkoła też formuje przez wzór: jeśli nauczyciel namawia do czytelnictwa, a sam nie jest dobrym czytelnikiem (albo w ogóle nie czyta), to nie będzie przekonujący. Jeśli nie będzie umiał nawiązać kontaktu ze swymi podopiecznymi, nie będzie znał ich własnych lektur i nie będzie potrafił z dziećmi o nich porozmawiać (umiejąc rozmawiać tylko o tych książkach, których lekturę sam narzuca – bo chce „zrealizować” szkolny kanon) nie będzie wiarygodny. Ewentualne zmiany w tym zakresie warunkowane są szeregiem czynników – także takimi, na jakie specjalnie wpływu nie mamy - np. demograficznym przełomem (nauczyciele starej daty niestety są raczej niereformowalni). Ale inne podlegają już modelowaniu: np. kształcenie – ale z prawdziwego zdarzenia – pedagogów już pracujących (do tego potrzebna jest reforma systemu awansu zawodowego), dalsza fakultatyzacja szkolnego spisu lektur (szczęśliwie nowa podstawa programowa idzie nieśmiało w tym kierunku), wyraziste reformy uniwersyteckiego systemu kształcenia nowych nauczycieli…

Przyjęło się, że na wyższym etapie edukacyjnym (w gimnazjum i w szkołach ponadgimnazjalnych) młodzież wdraża się do kontaktu z klasyką literatury. Ta bowiem ma formować tożsamość narodową, wychowywać, uczyć gustu estetycznego itd. Niczego jednak tak naprawdę nie uczy, bo nie jest praktycznie czytana. Odsetek uczniów przygotowanych do lekcji (to znaczy tych, którzy w domu choćby zapoznali się pobieżnie z zadaną lekturą) oscyluje w granicach 20 – 30%, a często bywa i niższy. Na dodatek problematyka, jaką niosą zazwyczaj ze sobą pozycje kanoniczne, pozostaje nader często albo daleka od poziomu percepcyjnego młodzieży, albo daleka od jej potrzeb. Czy piętnasto – szesnastolatek przyswoi sobie ideę tragizmu w rozumieniu starożytnych Greków, albo dramatyzm człowieczego przemijania targający dusze barokowych poetów?

Zgadzam się z tezami Grzegorza Leszczyńskiego, wypowiadanymi przezeń wielokrotnie i w rozmaitych sytuacjach, że lektury szkolne powinny towarzyszyć młodym czytelnikom w ich „rytuałach przejścia”. Nie dylematy Konrada Wallenroda, Tomasza Judyma czy Cezarego Baryki – jakkolwiek szlachetne – są ważne (a także zrozumiałe) dla tych młodych umysłów czy charakterów. Każąc im obcować z tekstami wszechstronnie archaicznymi (także stylistycznie) zwyczajnie, oduczamy ich czytania i zniechęcamy do lektury książek, które – przynajmniej w perspektywie kanonu szkolnego – jawić im się poczynają jako absurdalny lamus.

Widzę też sens wielkich akcji społecznych. Jeden pomysł to prawdziwe dofinansowanie bibliotek szkolnych, aby te mogły na bieżąco nabywać nowości – i to właśnie takie, które, nawet niekoniecznie będące bestsellerami, byłyby czytane przez dzieciaki. Zakupy te miałyby wsparcie w akcjach promujących czytelnictwo w konkretnych szkołach – na przykład w postaci rozmaitych konkursów z nagrodami, kiermaszy, inscenizacji fragmentów - zamiast dętych apeli czy akademii.
Drugi pomysł – to ogólnopolska akcja medialna (nie wolno nie doceniać siły mediów, albo się od nich odwracać). I nie chodzi o to, żeby od razu Doda przechadzała się z Heideggerem pod pachą i mówiła jak bardzo ważny dla wyrobienia jej wysokiego IQ był kontakt z literaturą… Ale już – dajmy na to – spoty z popularnymi sportowcami, o których wiadomo, że czytają (jak Tomasz Majewski czy Jakub Rzeźniczak), a także umieją się składnie w polszczyźnie wypowiedzieć? A co by było, gdyby takie spoty o wadze czytania zgodzili się nagrać – choćby i nieliczni – biznesmeni z prasowych list najbogatszych Polaków? A jeszcze żeby i sam Premier z Prezydentem wybrali się do księgarni, w której wypowiedzieliby się do kamery o swoich czytelniczych fascynacjach? Mamy szansę na to?

(tekst przygotowany dla miesięcznika "Polonistyka" do numeru poświęconego sprawom czytelnictwa wśród młodzieży)

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 25-04-2013  |   komentarze: (4)

Dziewięć lat temu...

 

…umarł Jacek Kaczmarski .

Kiedy zaczynałem studia na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, on właśnie je kończył, broniąc pracy magisterskiej poświęconej ulotnej poezji czasów Sejmu Czteroletniego (dostał za tę pracę wyróżnienie). Ale już był sławny i jeśli w ogóle pojawiał się jeszcze w korytarzach Wydziału, to raczej już z futerałem na gitarę, a nie książkami pod ręką.

Och, oczywiście, że we własnym, amatorskim repertuarze, miałem jego piosenki (wiersze? pieśni?). Nauczyłem się nawet grać „Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego” (niezbyt łatwe technicznie, nigdy nie spotkałem amatora, który umiałby to, bez żenady, wybrzdąkać i – co ważniejsze - wyśpiewać).

Że Kaczmarski jest poetą – nie miałem od samego początku wątpliwości. Ale pamiętam jakieś roznamiętnione dyskusje, gdy jego teksty – właśnie jako wiersze – zostały umieszczone w antologii poetyckiej „Po Wojaczku” (gdzieś –chyba? - mniej więcej pod koniec lat 80. XX wieku). Wtedy jeszcze liryczność jego tekstów budziła jakieś spory.

Pisał wiersze/pieśni/piosenki lokujące się w mainstreamie polskiego romantycznego paradygmatu (wg koncepcji Marii Janion), ale też obrazoburcze, prześmiewcze, jakby Gombrowiczowskie. Było w nim coś z Mickiewicza skrzyżowanego ze Słowackim oraz Andrzejem Bobkowskim i autorem „Ferdydurke” jednocześnie.

Był obdarzony talentem w takim stopniu, że można go było uznać za ulubieńca bogów. A tacy, jak chce ludowa mądrość, nie żyją długo, bo bogowie chcą jak najszybciej mieć ich już tylko dla siebie. Kiedy umierał na raka krtani, miał czterdzieści siedem lat. Przeżyłem go – na razie, mam nadzieję – o trzy lata…

Żyję dłużej niż wszyscy młodo zmarli poeci – by sparafrazować Marcina Świetlickiego…
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 10-04-2013  |   komentarze: (6)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl