Szukaj

Południk 21 - trailer

Marketing uber alles?

 

Czytam właśnie kryminalną powieść Henninga Mankella pod tytułem „Nim nadejdzie mróz”. Tym razem u szwedzkiego mistrza kryminałów nie komisarz Wallander jest główną postacią, tylko jego córka (po licznych, burzliwych zakrętach życiowych, wstąpiła do policji i kontynuuje drogę swego Ojca).

Bardzo pięknie. Tylko że powieść powstała w 2002 roku, a trafia do nas z 10 – letnim opóźnieniem. Wątek córki Wallandera – policjantki – pojawił się już w innych książkach (tzn. wcześniej u nas wydanych). A ta znów  jest jakąś taką zadziwiającą retrospekcją: pojawiają się w niej wątki, które już znamy z lektury innych powieści szwedzkiego autora.

Wszystko w czasie przeinaczone. Nie inaczej było z powieściami dotyczących samego Wallandera. Na polskiej scenie Mankell debiutował „Fałszywym tropem” (z 1995 roku, u nas publikacja: 2002). Natomiast debiutancka powieść wallanderowska („Morderca bez twarzy” z 1991) na naszym rynku pojawiła się w 2004 roku. W tym samym zresztą, co „Piąta kobieta” (oryginalne wydanie: 1996). Druga książka z cyklu o Wallanderze („Psy z Rygi”) ujrzała światło dzienne w Polsce w 2006, po wspomnianych już pozostałych powieściach, a na dodatek w rok później niż „Biała lwica” (oryginalnie: 1993, u nas 2005). Potem było już w miarę chronologicznie, choć jednak nie do końca: „Mężczyzna, który się uśmiechał” (Szwecja: 1994; Polska: 2007); „O krok” (1997; 2006);  „Zapora” (1998; 2008). Jednak zbiór opowiadań „Piramida” (oryginalnie 2000 r.) u nas - 2010. No i wreszcie „Nim nadejdzie mróz” (oryginalnie 2002) – u nas 2012.

Szlag może człowieka trafić. Mankell wspomina w swych powieściach o wydarzeniach, które działy się wcześniej niż fabuła akurat prezentowanej historii, jego narracja pełna jest retrospekcji i nawiązań. Polski czytelnik gubi się w tym wszystkim, bo najpierw zaserwowano mu rzeczy późniejsze, by potem opublikować teksty wcześniejsze.

Przy stylu pisania Mankella trzeba naprawdę mieć dużą dozę wyrozumiałości dla polskich procedur wydawniczych (a nadmieńmy, że Mankella w naszym kraju edytuje wciąż to samo wydawnictwo).

Rozumiem, że marketing jest istotny (jeden z moich znajomych twierdzi wręcz, że: „jest najważniejszy w życiu”), że wydawnictwo postanowiło najpierw podrzucić nam światowy bestseller Mankella, a potem dopiero wydać inne teksty, ale to wszystko jest jednak jednym wielkim chaosem.

Zatem to, że wzburzeni czytelnicy jeszcze nie zorganizowali demonstracji protestacyjnej przed siedzibą wydawnictwa, należy chyba przypisać tylko słowiańskiej cierpliwości.

Ona jednak też ma swoje granice i doprawdy nie wiem, co się stanie, jeśli w przyszłym roku pojawi się w księgarniach kolejna opowieść Mankella o córce Wallandera, której (powieści, znaczy) data powstania znów odeśle nas do przeszłości i pochrzani relacje czasowo przestrzene.

 


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław klejnocki  |   dnia: 30-04-2012  |   komentarze: (0)

Dzień graniczny


O doświadczeniu granicznym pisze Carl Jaspers jako o doświadczeniu z gatunku „ostatecznych”, to znaczy stawiających nas w sytuacji niejako przekraczającej naszą percepcję. Sytuacja graniczna jest wyzwaniem ponad miarę, z którym jednak, by żyć dalej, człowiek musi sobie jakoś poradzić. Choćby „przepracowując” je intelektualnie czy emocjonalnie.

Analogicznie do tego konceptu proponuję pojęcie „dzień graniczny”, to znaczy taki moment – w czasie – który przewartościowuje diametralnie nasze zdolności percepcyjne lub/i dokonuje w nas kopernikańskiego przewrotu w myśleniu (odczuwaniu etc.).

Dostałem właśnie przesyłkę z 1-2 oraz 3 z 2012 roku numerem „Lampy”. Paweł Dunin – Wąsowicz jest człowiekiem hojnym i rzetelnym: od lat przysyła mi gratisowo kolejne numery swego pisma, mimo że już od pewnego (znacznego) czasu przestałem być współpracownikiem tego miesięcznika (ja zaś – po lekturze – bezinteresownie przekazuję te egzemplarze Bibliotece Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego; bo i ja hojnym – w pewien sposób – też umiem byćJ).

W numerze 1-2/12 jubileuszowa rozmowa z Dorotą Masłowską (w dziesięciolecie ukazania się „Wojny…”). Nie byłem entuzjastą – mówiąc eufemistycznie – tej powieści, napisałem jej krytykę w „Tygodniku Powszechnym” (p.t. „Oda do dresu”), potem schlastał mnie w polemice jakiś krytyk teatralny, o którym dziś nikt chyba nie pamięta (a i ja nawet nie umiem sobie przypomnieć jego nazwiska…). No nic. Przez te lata co się stało z „Wojną…”? Bo autorka zamieszkała tymczasem na Parnasie. Ale co z tą jej powieścią? Przepadła w czeluści dziejów (literatury) czy może jednak nie? Nadal jest jakimś punktem odniesienia w grach i zabawach literackich czy już nikt jej nie czyta? Chciałbym wiedzieć, a nie wiem, chciałbym wiedzieć choćby po to, by umieć zweryfikować swoje dawne poglądy.

To tylko rozgrzewka. Bo na okładce numeru 3/12 „Lampy” Rafał Kosik. PDW raczej nieistotnych autorów na okładkach swojego pisma nie umieszcza. A ja sobie uświadamiam, że niczego o RK nie wiem, nawet mi się o uszy to nazwisko raczej nie obiło. To oczywiście mój feler, powinienem przecież znać się na współczesnych trendach, modach; znać młode artystyczne nadzieje itd. Ale właściwie dlaczego? Przecież ogłosiłem wycofanie się z życia krytycznoliterackiego. No więc nie znam, bo nie muszę. Numer 3/12 „Lampy” uświadomił mi, że osiągnąłem w końcu to, o czym myślałem. Nie śledzę już dynamiki nowej polskiej literatury. W końcu nadszedł ten dzień, w którym uświadomiłem sobie, że jestem – wobec powyżej wzmiankowanych zjawisk – dyletantem.

No i dobrze, przepracuję to graniczne doświadczenie. Poczytam sobie tymczasem chociażby „Ody odbite” Karola Maliszewskiego oraz jego najnowszą prozę (już czwartą!) – „Manekiny”. Tę pierwszą książkę dostałem pocztą, o drugiej dowiedziałem się właśnie z „Lampy”. Nowości to rzecz ważna, ale niekoniecznie dla kogoś, kto jest już tylko (z własnego wyboru) amatorem lektury.


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 16-04-2012  |   komentarze: (2)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl