Szukaj

Południk 21 - trailer

Według mistrzów cz. V (Josif Brodski)

Nie bardzo mam siłę pisać teraz, w smutku…
Ale w tym ciężkim czasie pomyślałem o eseju, po który sięgam rzadko, w chwilach doprawdy przygnębiających. Jest to jednocześnie najpiękniejszy z esejów, z wszystkich, jakie do tej pory czytałem.
Mówię tu o „Znaku wodnym” Josifa Brodskiego.
Rzecz traktuje o Wenecji lub raczej o świecie jako lustrze, w którym odbijają się ludzkie losy. Wenecja, którą autor „Wielkiej elegii dla Johna Donne’a” tak bardzo pokochał, że nie pozwolił sobie napisać o niej ani jednego banalnego zdania, jawi się jako metonimia tego zwierciadła.
Wodne Miasto staje się odbiciem teatru świata z nami w pierwszo i drugoplanowych rolach. To rzecz o przemijaniu, utrzymana w pastelowych elegijnych barwach. To wspomnienie o sobie (Brodski traktuje ten esej trochę jak mini – autobiografię, uzupełniającą wspaniały obraz Petersburga i jego „półtora pokoju”) i o tych, którzy zachwycili go swoim istnieniem.
Nie wiem też, czy nie dokonuję nadinterpretacji, ale dla mnie „Znak wodny” to także rzecz o nienasyceniu. Zawsze bowiem będzie za mało: głównie czasu. Żeby porozmawiać i poznać bliżej tych, z którymi dobrze nam upływają godziny. Żeby poślizgać się wzrokiem po pięknie. Żeby pomyśleć.
I jest „Znak wodny” eseistyczną odą do ludzkiej natury. Na przekór temu wszystkiemu, co pozbawia nas ufności w jej immanentną dobroć, szlachetność:
„Bo woda równa się czasowi, a pięknu dostarcza sobowtóra. Będąc po części wodą, służymy pięknu w ten sam sposób. Gładząc wodę, miasto poprawia wygląd czasu, upiększa przyszłość. Na tym polega jego rola we wszechświecie. Miasto jest bowiem statyczne, podczas gdy my jesteśmy w ruchu. Dowodem – łza. My bowiem zmierzamy w przyszłość, podczas gy piękno jest wieczną teraźniejszością. Łza jest próbą pozostania w miejscu, zostania z tyłu, złączenia się z miastem w całość. To jednak nie jest zgodne z regułami. Łza to spojrzenie wstecz, hołd, który przyszłość składa przeszłości. Albo też jest to wynik odejmowania tego, co większe, od tego, co mniejsze: piękna od człowieka. To samo z miłością: nasza miłość jest także większa niż my sami.”
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 16-04-2010  |   komentarze: (20)

Uroki wykorzenienia

 
Kilka dni przed Świętami. Już wielkie zabieganie, w pracy jakieś napięcie, nagła komasacja obowiązków. Pewien wywiad w „Gazecie Wyborczej” czytam jednym okiem, pobieżnie. Udziela go Arthur Rakowski, jeden z synów Mieczysława Rakowskiego. Ten, który tak sensacyjnie postanowił pozostać na Zachodzie, gdy jego ojciec był wicepremierem w reżimowym rządzie w początkach lat 80.
Rozmowa ta jest portretem powolnej kosmopolityzacji Rakowskiego juniora, jego dobrowolnego wykorzenienia z polskości. Albo lepiej – przynależności do wspólnoty. AR nie jest człowiekiem prymitywnym, wręcz przeciwnie. To raczej technokrata, dla którego ważnymi aspektami życia są kryteria wydajności, skuteczności, efektywności. Żonaty po raz drugi (z nie- Polką), z dziećmi rozmawia w domu po angielsku. Mieszka w Londynie i jest jedną z tych licznych szych średniego szczebla w ważnej globalnej instytucji finansowej. Z londyńską Polonią w zasadzie nie ma kontaktu, do kraju ojczystego jeździ, jeśli dobrze zrozumiałem, sporadycznie. O Polsce sądzi, że jest źle zarządzana (podaje przykłady ze sfery drogownictwa), a o swoim wygasłym paszporcie powiada, że może i by go odnowił, ale konsulat polski w Londynie jest szalenie niedrożny i nie chce mu się marnować sześciu godzin na stanie w kolejce do okienka, tylko po to, by usłyszeć, że stał w złej kolejce.  
Zupełnie mnie ta rozmowa nie bulwersuje, choć domniemywam, że taka właśnie miała być jej intencja. Do Rakowskiego juniora czuję nawet jakiś rodzaj sympatii – w końcu to człowiek z ambicjami, pracujący ciężko (ongiś i obecnie), mający swój „plan życia”… 
Powiada George Steiner w „Totemie i tabu”: „W moim przekonaniu nie istnieje żadna synagoga, żadna ecclesia, żadna polis, żaden naród, żadna wspólnota etniczna, która zasługiwałaby na to, by jej nie porzucić.”
Napięcie pomiędzy prawem do indywidualnego rozwoju, własnej drogi życiowej, a wreszcie uwolnienia się od obowiązków wobec narodowej zbiorowości z jednej – a rozlicznymi powinnościami wobec owej zbiorowości z drugiej strony – to jeden z fascynujących wątków naszej literatury ostatniego stulecia.
Przypominają mi się – w wolnym ciągu asocjacji – rozmaite postawy. A to kosmopolityzm kulturalny jako szansa wyjścia z zaścianka literatury ograniczonej do tyrtejskich postaw (Skamandryci, a osobliwie Antoni Słonimski z „Czarną Wiosną”). Witold Gombrowicz z antynomią „ojczyzna – synczyzna”, tak fatalnie rozumianą (raczej nierozumianą) niegdyś przez ministra edukacji Romana Giertycha. Subtelne, ironiczne i autoironiczne rozważania prozatorskie Tadeusza Konwickiego, eseistyczne passusy Czesława Miłosza, wiersze Marcina Świetlickiego, a wcześniej choćby poetów Nowej Fali... To tylko drobny wybór.
Minione Święta, jak zresztą wszystkie tego typu wydarzenia, to doświadczenie raczej wspólnotowe (rodzinne, religijne i …tak, tak – narodowe). Teraz zatem mogę zapisać tę krótką impresję o dychotomiczności natury człowieczej i o różnych znaczeniach słowa „wolność”.
PS. Tytuł zapożyczyłem od tytułu pewnej rozmowy ze Stefanem Chwinem
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 06-04-2010  |   komentarze: (15)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl