Szukaj

Południk 21 - trailer

I znów o krytyce...

W “Kulturze/Dziennik” (17.04.09) felieton Piotra Kofty (z cyklu “Czytam nałogowo”) pod tytułem “Krytyka 2.0”.


A tam taki fragment: “Niedawno natrafiłem w sieci na cytat z tekstu Jarosława Klejnockiego “Lobbyści i felietoniści, czyli w szponach profitariatu” (ze zbioru “Literatura w czasach zarazy”, Prószyński i S-ka, 2006) – rzecz traktuje o felietonizacji krytyki literackiej. “Felieton”, gatunek niejako programowo zakładający dezynwolturę autora, zastępuje teraz szkic, esej czy rzetelną krytycznoliteracką rozprawę. Jednoznacznie kreuje zwycięzców, bezdyskusyjnie naznacza pokonanych. Oddala warunek odpowiedzialności za słowa. Jego bronią jest agresja (choćby przywdziewająca maskę ironii), niekoniecznie zaś wartość interpretacyjnych rozpoznań” – pisał Klejnocki, skądinąd znany krytyk, pisarz i od niedawna bloger, ubolewając nad upadkiem profesjonalnego dyskursu o literaturze, upadkiem związanym z ogólną degrengoladą i mcdonaldyzacją (to już moje słowa) prasy kulturalnej.

Jest w tym cytacie parę założeń, z którymi się nie zgadzam – pierwsze to takie, że tekst, który się dobrze czyta, nie może być rzetelny. Drugie, że poruszanie się w świecie książek bez stosownej krytycznoliterackiej nadbudowy owocuje bezwzględnością sądów. Trzecie, że pisanie w tonie felietonistycznym oznacza brak odpowiedzialności za słowa. Czwarte, że ironia i agresja stanowią w tym przypadku broń maskującą nieudolność. Owszem, te założenia bywają prawdziwe, ale odnoszą się do pisania o literaturze w ogóle, niezależnie od tego, z jakim gatunkiem mamy do czynienia.”


Nie umiem powiedzieć, czy PK czytał cały mój artykuł czy tylko wybrane cytaty, na które natrafił w sieci. Mój tekst jest bowiem dość obszerny i dotyka kilku spraw związanych z funkcjonowaniem nie tylko krytyki, ale przede wszystkim samej literatury w obecnych czasach. Wykracza dość mocno poza problematykę strzeszczoną przez PK w słowach, że ubolewam w nim nad upadkiem prasy kulturalnej, związanym z “ogólną degrengoladą i mcdonaldyzacją”. W moim wywodzie passus poświęcony zjawisku, które nazywam felietonizacją krytyki literackiej, a który przytacza w swym tekście PK, jest elementem łańcucha wywodów i jego pełny sens daje się odczytać dopiero w kontekście całości. Inaczej rzeczywiście można się czepiać.


Po kolei zatem. Najpierw to, co raczej mi przypisuje PK, a czego nie napisałem.


Nie napisałem, że tekst, który się dobrze czyta, nie może być rzetelny. To chyba jednak chciejstwo komentatora. Znam bowiem wiele tekstów krytycznych, nawet tych dość skomplikowanych, które się jednocześnie dobrze czyta.


Dalej: opisuję zjawisko felietonizacji jako proces i tendencję, a nie jako stan zastany i już permanentny. Więc nie ma u mnie tej kategoryczności, którą przypisuje mi PK. Czyli np. nie, że “ironia i agresja zawsze stanowią w tym przypadku broń maskującą nieudolność”, ale, że mogą stanowić i często stanowią. Tak to wynika z tego napisałem przed zacytowanym przez PK fragmentem, a także z tego, co napisałem po.


Nie kwestionuję – już poza rzeczonym tekstem – istotności felietonowego pisania o literaturze. Tak zresztą właśnie traktuję tego bloga (dałem temu jednoznaczny wyraz w rozmowie z Leszkiem Onakiem z niedoczytania.pl), sieć jest doskonałym miejscem do pisania, rozmawiania i dyskutowania właśnie w ten sposób. Na ten temat właśnie “na łamach” niniejszego bloga polemizowaliśmy sobie (głównie z udziałem Aleksandra Kopińskiego i Dariusza Nowackiego) nad kształtem dyskursu krytycznoliterackiego w internecie (komentarze dostępne w jednym z dawniejszych wpisów).


W “Lobbystach i felietonistach...” szło mi o co innego. Otóż (dla tych, co nie czytali) – m.in. że typ dyskursu felietonowego wypiera ten bardziej skomplikowany, krytycznoliteracki (do uprawiania którego przydaje się jednak erudycja i oczytanie, także w pracach humanistycznych, a wywód opiera się na interpretacjach i argumentach, nie tylko opiniach i deklaracjach osobniczego gustu autora). Że zatem rozmowa o kulturze, w tzw. miejscach poważniejszych (np. na kolumnach kulturalnych gazet, które aspirują do bycia opiniotwórczymi, w tygodnikach) obniża znacząco swój poziom.


I od razu służę przykładem, zresztą z podwórka zawodowego PK. Idzie mi o pamiętną recenzję tomiku wierszy Wisławy Szymborskiej “Tutaj” pióra Magdaleny Miecznickiej w głównym grzbiecie “Dziennika”. To wręcz modelowy przykład felietonizacji – dużo tam o gustach autorki tekstu, sporo opinii, ale niestety mało argumentów, a tezy – proszę wybaczyć – tyleż efektownie brzmiące, co prostackie intelektualnie. To felieton udający recenzję i nie ma się co dziwić, że Jerzy Pilch w swoim felietonie (niezły zresztą paradoks!) w dodatku “Kultura” tej samej gazety – obnażył bezlitośnie całą miałkość wywodów Miecznickiej oraz wyśmiał ją z typową dla siebie ironią (tu: bezagresywną). Gdyby tekst MM pojawił się w sieci lub gdyby pojawił się “na papierze”, ale jako felieton właśnie – to wszystko byłoby ok. Ale jeśli pojawił się tam i w okolicznościach, w jakich się pojawił – stanowi, powtarzam, doskonały przykład opisywanych przeze mnie procesów w artykule o lobbystach i felietonistach.


Pod koniec swojego felietonu PK pisze: “zamieszczanie własnych recenzji jest trendy i ten proces prywatyzacji krytyki literackiej będzie postępował, ponieważ istnieje na niego znaczny popyt. Niebawem psa z kulawą nogą nie zainteresuje, co mają do powiedzenia fachowcy i o co się spierają.”


Otóż pisanie recenzji to nie jest jeszcze krytyka literacka. To są jasne i banalne oczywistości, więc nie ma się nad nimi co rozwodzić. Mnie martwi zmiana tonu i jakości nie w obszarach recenzenctwa, tylko właśnie w obszarze krytyki. Popularna refleksja nad sztuką niech się rozwija w najlepsze, ale enklawa fachowości, rzetelności etc. – a więc i zaufania – jest potrzebna. Dla higieny chociażby, ale i dla pewnej – niezbędnej w życiu społecznym – hierarchiczności.


Bo oczywiście chętnie wysłucham, co mają do powiedzenia na temat sytuacji gospodarczej w Polsce i jak proponują postępować z pieniędzmi warszawscy taksówkarze, ale po prawdziwą poradę udam się oczywiście do licencjonowanego doradcy, zasięgając uprzednio o nim samym informacji. Choć i jego propozycje potraktuję rzecz jasna z ograniczonym zaufaniem.


Mam wrażenie, że Piotr Kofta nie tyle wszedł w spór z fragmentem mojego tekstu, ile raczej posłużył się nim pretekstowo, by postawić swoją tezę. Toteż zobaczył we fragmentach “Lobbystów i felietonistów...” nie tyle to, co tam jest, ile co zobaczyć chciał. A potem, pisząc o prywatyzacji krytyki literackiej, pomylił ją ze zwyczajnym recenzenctwem. Gdyby zaś jego przepowiednia miała się w istocie spełnić – to okazać by się mogło, że w naszym sprofesjonalizowanym świecie nie tylko – jak głosi modna obecnie teoria – politycy są jedynymi dyletantami.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 17-04-2009  |   komentarze: (3)

"Światowa moda na szkolne strzelaniny?"

Pod takim tytułem “Rzeczpospolita” (11-13.04.2009) zamieściła artykuł - pióra Marcina Szymaniaka – dotyczący przerażającego procederu, który, zdaje się, na dobre przekroczył Wielką Wodę i przybył na Stary Kontynent z Ameryki.


Idzie o strzelaniny w szkołach, jakie wywołują uczniowie lub byli uczniowie, a których w Europie było ostatnio kilka (ostatnia – w Grecji, a wszak pamiętamy jeszcze tę nadzwyczaj tragiczną z Niemiec). Autor artykułu stwierdza: “w Stanach Zjednoczonych tego rodzaju przypadki zdarzają się nagminnie. Policja w Nowym Jorku poinformowała w piątek o planach dwóch aresztowanych w poniedziałek nastolatków, którzy chcieli dokonać masakry w swojej miejscowości – Dove Creek. 19 – letni Cody Barr i jego 16 – letni kolega obmyślili sobie, że zabiją dyrektora szkoły. Zaalarmowani szeryf i jego zastępca przybiegną na miejsce zbrodni, gdzie wpadną w pułapkę i zginą od kuli. Wtedy całe miasteczko będzie zdane na łaskę nastolatków. Jednak Cody nieopatrznie się wygadał i policja w porę podjęła interwencję. Obu chłopców aresztowano. W mieszkaniu 16 – latka odkryto schowek z siedmioma sztukami broni, w tym maszynowej (sic! – JK).”


Jak to wszystko ma się do polskiej rzeczywistości?


Po pierwsze, należy dziękować Bogu, że żadne pomysły związane z otwarciem drogi do powszechnej dostępności obywateli do broni nie zyskały u nas poklasku (na razie!). Ale warto wspomnieć, że niegdyś takie idee głosił kabaretowy i ostatecznie skompromitowany polityk Janusz Korwin – Mikke, a dziś usłyszeć je można od człowieka, który jest ministrem spraw wewnętrznych. Bo to z rodzinnych arsenałów, dzieła sfiksowanych na ogół tatusiów, nastoletni młodzieńcy podbierają broń. Bo wykorzystują szwankujący i nieszczelny system kontroli, by beretty, glocki, colty czy kałasznikowy nabyć legalnie (niby) drogą kupna w sklepach oferujących ten zabójczy towar.


Po drugie, wypada jednak – przy wszystkich jej licznych niedostatkach – błogosławić polską szkołę, że nie frustruje i nie alienuje młodych ludzi aż tak, by odważyli się na tę pełną grozy ostateczność.


Choć przecież rosnąca przemoc ze strony uczniów daje się w ostatnim czasie zaobserwować. Przypadek gimnazjalistów, którzy zakładali swemu nauczycielowi śmietnikowy kosz na głowę, przypadek rozbestwionych barbarzyńców ze szkoły zawodowej w Rykach, którzy dręczyli swego nauczyciela czy wreszcie przypadek Ani z Trójmiasta, która – molestowana przez kolegów z klasy – zapewne z tego powodu (proces sądowy, o ile wiem, nie zakończył się) popełniła samobójstwo...


Jedni mówią, że to wszystko to efekt brutalnych gier komputerowych oduczających empatii, a więc człowieczeństwa; inni, że alienacji, która jest efektem zmian cywilizacyjnych, kulturowych i społecznych (tj. bezideowości wolnego rynku i bezradności demokracji zjadającej własny ogon w świecie ogólnej bezcelowości); jeszcze inni, że to konsekwencja odpływu duchowości czy też metafizyki z naszego życia – coraz bardziej zorientowanego na prostacką materię.


Mnie się natomiast wydaje, że wielki w tych zdziczałych procederach ma udział odczłowieczenie szkoły, która zwolna staje się fabryką. I, przyznaję to ze smutkiem, początki takich procesów widzę też u nas. Na razie nasi rodzimi barbarzyńcy ujawniają się, gdyż za katedrą spotykają nieudaczników i ludzi słabych, którzy nie umieją – lub też nie zostali nauczeni – działać, a nie tylko wykładać swoje przedmioty. Mamy bowiem wielu nauczycieli, zresztą często słabych, a mało wychowawców. Bo do tej roli wymagana jest osobowość i autorytet zbudowany nie tylko na wiedzy, ale i na sile charakteru.


W polskiej szkole, mimo nagłaśnianych przez media (i słusznie!) przypadków nagannego zachowania uczniów, przemoc wciąż pozostaje w nauczycielskich rękach. I to jest drugi aspekt omawianej sprawy. Przemoc w końcu rodzi przemoc, a obojętność - obojętność.


Jednak to dorośli są winni za ten świat, w którym dzieci sięgają po broń.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 14-04-2009  |   komentarze: (2)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl