Szukaj

Południk 21 - trailer

Wiersz

 
 5115

                         pamięci Stanisława Barańczaka

Nie numer PIN tylko klucz do Kwatery (symetria liczby musi być Ci
bliska Lubiłeś regularność i uczyniłeś z niej Sztukę) Na zboczu Nad
stawem Jest zima więc drzewa gołe jak suche badyle Ale śniegu nie
ma Świerki powyżej (widzę je na zdjęciu po prawej ucięte przez kadr
fotografii) I wszystko wygląda tak jakby w jakimś parku ktoś porzucił
kwiaty w jednym skromnym miejscu I jakby się one ułożyły w szachownicę
bieli i czerwieni

A pogoda sprzyja Na niebie błękitność zmącona bielą mgły Obłoki nie
w pełni Ledwie zaznaczone Pastelowe są barwy ziemi I pusto pusto To
małe piękno odchodzenia (zen przestrzeni Bezruch) Nigdzie żadnego
człowieka (jakby wszyscy z Tobą opuścili to miejsce Jakby to był koniec)
Jakby jakby To tylko fotografia Wolałbym widokówkę z kilkoma skreślonymi
ręką niechby i nieczytelnymi słowami

(Powiedziałem już krtani Teraz powiem powiece) 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 31-03-2015  |   komentarze: (0)

Dwa słowa o harcerstwie

 
 Ci, którzy śmieją się z chłopców biegających w zielonych uniformach i krótkich spodenkach (bo jakoś z dziewczynek w szarych mundurach i takich spódnicach przed kolana już mniej – co na to feminizm?), zapominają, albo też zwykle nie wiedzą niczego o genezie i działalności polskiego harcerstwa.

Wyrodziło się ono z tradycji brytyjskiego scoutingu, dla którego mitem założycielskim było oblężenie twierdzy Mafeking w dzisiejszej Afryce Południowej. To tam właśnie generał Baden – Powell powołał jednostki zwiadowcze (bo tyle właśnie znaczy słowo „scout”), do których rekrutował młodych chłopców (starsi walczyli).

I choć cała historia związana jest z wojnami burskimi, w których poddani koronie brytyjskiej wystąpili w roli agresorów, to akurat scouting jest pozytywnym efektem tego dość mrocznego konfliktu.

Twórca polskiego harcerstwa – Andrzej Małkowski - oraz twórczyni żeńskiego ruchu harcerskiego – jego zona Olga – mieli na myśli ważne cele: stworzenie paramilitarnej, pomocniczej dla wojska organizacji młodzieżowej, która odegrałaby istotną rolę w patriotycznym kształtowaniu osobowości jej członków oraz wspomagała działalność polskich sił zbrojnych, gdy przyjdzie do odzyskiwania niepodległości. I tak właśnie się stało. A potem był udział harcerzy w wojnie polsko – bolszewickiej, wreszcie w ruchu partyzanckim w czasie II wojny światowej. Dwa najsłynniejsze bataliony kadrowe AK w Powstaniu Warszawskim – „Zośka” i „Parasol” – to były właśnie oddziały złożone główne z harcerzy.

W PRL-u harcerstwo jakoś przetrwało, choć pojawiały się pomysły, by zastąpić je innymi organizacjami – czy to Służbą Polsce (SP), udzielającą się głównie podczas odbudowy kraju, w tym stolicy; czy to „czerwonym harcerstwem” (autorski projekt Jacka Kuronia, z którego się zresztą wycofał), czy wreszcie HSPS –em (Harcerską Służbą Polsce Socjalistycznej), z czasów panowania Edwarda Gierka (funkcjonowała głównie wśród młodzieży starszej, używała nawet odmiennych – piaskowych - mundurów, szytych na podobieństwo ówczesnych milicyjnych kurtek, ale była w sumie efemerydą, która nie przetrwała tąpnięć społeczno – politycznych i została wreszcie rozwiązana oficjalnie w roku 1981 na ówczesnym zjeździe Związku Harcerstwa Polskiego).

W PRL-u idea harcerstwa uległa oczywiście głębszemu wypaczeniu. Do organizacji zapisywano całe klasy, nawet nie pytając dzieci czy sobie tego życzą. Ale zapisywano też wtedy w podobny sposób do innych organizacji. W ten właśnie sposób zostałem – poza własną wolą – członkiem LOP (Ligi Ochrony Przyrody – za sprawą mojej nauczycielki biologii) czy TPPR (Towarzystwa Przyjaźni Polsko Radzieckiej – za sprawą rusycystki). Metodyka harcerska kulała, indoktrynacja działała – ci, co wtedy żyli, pamiętają.

Niemniej jednak enklawy „prawdziwego” harcerstwa przetrwały w rozmaitych – większych i mniejszych – niszach. Jedną z nich był warszawski Hufiec Mokotów im. Szarych Szeregów, do którego przynależało moje rodzime środowisko Szczepu (związku drużyn) nr 307, działającego przy szkole podstawowej nr 190 – wtedy im. Stanisława Budzyńskiego (Polak z pochodzenia, m.in. ludowy komisarz ds. opieki społecznej w bolszewickiej Rosji. Dziś szkoła nosi imię… Orła Białego!).

W Hufcu Mokotów trwała silna tradycja dawnego harcerstwa, to tu funkcjonowała znaczna część środowisk, które w 1989 roku powołały Związek Harcerstwa Rzeczpospolitej – konserwatywną, a obecnie też katolicką organizację harcerską, będącą w opozycji do wciąż działającego ZHP.

W Hufcu Mokotów pielęgnowano szczątkową tradycję scoutingu i dawnej – przedwojennej oraz wojennej – misji „tamtego” harcerstwa. Funkcjonowała harcerska obrzędowość, sprawdzona metodyka i formy wychowania. Mieliśmy kontakt z dawnymi członkami Szarych Szeregów i pielęgnowaliśmy pamięć o poległych. Dzięki przynależności do ZHP w warszawskim Hufcu Mokotów miałem zaszczyt osobiście poznać Stanisława Broniewskiego „Orszę”, jednego z Naczelników Szarych Szeregów oraz uczestnika słynnej akcji pod Arsenałem.

Nasze letnie obozy miały coś z dzisiejszego survivalu: trzeba było samodzielnie zbudować kuchnię (mam w dorobku co najmniej 3!), pomosty na jeziorze, rozbić namioty, z żerdek złożyć mozolnie ich wyposażenie (prycze, stoliki, półki itd.), zbić stołówkę – nierzadko dla ponad 100 osób – wykopać i opatrzeć właściwą „infrastrukturą” doły na śmieci i latryny. Nikt tego za nas nie wykonywał, a przy pracach – oczywiście dostosowanych do ich możliwości – uczestniczyli wszyscy harcerze, nawet ci najmłodsi.

Ale harcerstwo to była przede wszystkim Metoda. Metoda wychowywania do samodzielności i metoda wychowywania przez wzór. Nawet dzieci, którym stawia się istotne i poważne zadania oraz ceduje na nie odpowiedzialność za ich wykonanie – oraz za podległe im osoby – ujawniają zdolności, o jakich ich rodzicom czy szkolnym wychowawcom, się nie śniło. Zastępowymi nierzadko 10 – letnich szkrabów byli ich starsi o kilka lat koledzy, drużynowymi – uczniowie liceów lub początkujący studenci. I to wszystko działało, zdając egzamin organizacyjny oraz wychowawczy. Harcerstwo bowiem, jeśli tylko jego ideały nie zostają zniekształcone, kształtuje odpowiedzialność, samodzielność, kreatywność. Nadzwyczaj ważne są też kwestie etyczne ewokowane przez Prawo Harcerskiej oraz praktykę postępowania w życiowej codzienności.

Żaden z harcerzy, jakich poznałem, a którzy bardziej „wsiąkli” w organizację; dla których służba (bo właśnie ta kategoria – tradycyjnie – przynależy członkostwu w ruchu) nie była tylko chwilową i niewiele znaczącą przygodą, nie wykoleił się w dorosłym życiu, nie spaprał złymi wyborami swej doczesnej egzystencji, nie zmarnował swych talentów (jakiekolwiek by one nie były).

Dzisiaj harcerstwo pewnie wygląda inaczej, choć jak obserwuję moją najmłodszą córkę Klementynę, która należy do zuchowej drużyny w naszej podwarszawskie wsi, to myślę, że nie tak jednak bardzo. Realia cywilizacyjne uległy zmianom – to oczywiste. Nie da się już dziś już tak dziko rozbijać obozów nad jeziorami - i pewnie dobrze; świadomość ekologiczna i przepisy prawa uległy progresowi. Ale pozostała Metoda wychowawcza, która wciąż nieźle funkcjonuje.

Boli mnie, harcmistrza (najwyższy stopień instruktorski) w stanie spoczynku, to obecne częste lekceważenie owego młodzieżowego ruchu wychowawczego, który w przeszłości wydał tyle twórczych, produktywnych jednostek, a i dziś – na nową modłę – przygotowuje dzieciaki do odnalezienia się w świecie.

No i żonę spotkałem właśnie na jednym z obozów. Jesteśmy już razem– formalnie i sakramentalnie – niemal 25 lat. Podharcmistrzyni Katarzyna Klejnocka zajmowała się zuchami oraz prowadziła młodszoharcerskie drużyny żeńskie. Jej wychowanki też radzą sobie nieźle w dorosłym życiu.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 06-03-2015  |   komentarze: (1)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl