Szukaj

Południk 21 - trailer

Sport, kultura, alkohol

 

Fiński minister sportu i turystyki – o niewymawialnym rzecz jasna nazwisku - tak intensywnie świętował na Olimpiadzie w Soczi brązowy medal swojej ekipy w hokeju na lodzie, że upił się do nieprzytomności i biedni hokeiści, którzy - nomen omen też z nim świętowali – musieli go nieprzytomnego zanieść do hotelowego pokoju.

Poza tym pan minister wydał jakieś drobne 22 tysiące dolarów na tę wspólną imprezę (pytanie tylko czy z własnych, czy z rządowych funduszy) – ale rzecz jest w końcu zrozumiała. Świętowanie było intensywne i kolegialne, a ekipa hokeistów to jakieś trzydzieści chłopa z okładem, jeśli liczyć nie tylko zawodników, ale też trenerów, masażystów, serwisantów itd.

Rzecz ciekawa, że w Finlandii, jak słychać, nikt się dymisji ministra nie domaga, a wręcz przeciwnie – czynniki oficjalne nawet jakoś tak wyciszają tę aferę. I bardzo słusznie. Skoro fińskim sportowcom alkohol nie przeszkadza w osiąganiu wyników sportowych, a władze mogą się – przy kieliszku – ze sportowcami zintegrować – to czemu w końcu nie?

Kwestia to do zastanowienia i do ewentualnej implementacji w polskich warunkach. Gdyby tak minister sportu oraz szef PZPN regularnie i oficjalnie pochlewali z naszymi piłkarzami – może to dałoby efekt w jakichś konkretnych sportowych wynikach? No bo na razie piłkarze muszą się nawalać ukradkiem i w stresie, że zostaną nakryci, co odbija się zapewne na ich zestresowaniu potem podczas meczu. I dlatego tez zapewne nasza reprezentacja w piłce nożnej zajmuje chwalebne siedemdziesiąte któreś miejsc w rankingu FIFA.

U nas ministerstwa kultury i sportu to dwie rozdzielne instytucje, inaczej niż w Finlandii. Aż strach pomyśleć, co też fiński minister wyprawia na zgromadzeniach fińskich pisarzy, skoro wśród sportowców dał takiego czadu, a wszak wiadomo, że jednak artyści potrafią być bardziej radykalni egzystencjalnie od chłopców i dziewcząt z bieżni, stadionów i lodowisk.

Ale może też jednak mamy tu do czynienia z jakimś zaniedbaniem – o ile fiński sport trzyma się nieźle, to fińska literatura już tylko jak cię mogę.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 25-03-2014  |   komentarze: (1)

Porozmawiajmy o pieniądzach

 
 
Kaja Malanowska podniosła gewałt i ajwaj z powodu niskich zarobków pisarskich. Za książkę pisaną w mozole przez szesnaście miesięcy otrzymała sześć tysięcy osiemset złotych; w rozliczeniu półrocznym z wydawnictwem – a takie półroczne rozliczenia są dziś w zasadzie standardem.

To oznacza, że kolejne rozliczenia mogą przynieść nowe dochody i zapewne przyniosą, bo wpis Malanowskiej na Facebooku wygenerował skandal, jakaś „debata” nawet się pojawiła; niektórzy pisarze i krytycy (na czele z moją ulubioną panią - panną?- nikt polskiej krytyki literackiej, czyli Elizą Szybowicz) wzięli w obronę czy też (jak Krzysztof Varga) wyszydzili tę histerię; jednym słowem nazwisko pisarki wskoczyło na wyższe piętro zainteresowania publicznego – takie czy inne będą z tego, w naszych zmediatyzowanych czasach – profity.

Te kilka tysięcy złotych przekłada się na jakieś trzy tysiące czytelników z hakiem (na razie). Wiadomo, że w Polsce książka, która sprzedaje się co najmniej w 10 tys. egz. to już bestseller. O słabym czytelnictwie rodaków napisano wiele, o tym, co należy zrobić, żeby sytuację zmienić też dużo, na razie niewiele zrobiono, sytuacja się więc nie zmieniła.

Psychologicznie rzecz jest zrozumiała – każdy (zapewne) chciałby, żeby jego praca przynosiła konkretne efekty, które określamy mianem sukcesu. Pisarz (a może szerzej - artysta), który ma poczucie dobrze wykonanej roboty twórczej chciałby, by jego dzieło spotkało się z życzliwym odbiorem nie tylko krytyki, ale też czytelników, a to znów powinno się przełożyć na konkretną sumę honoraryjną. Jak tak się nie zdarza, to pojawia się frustracja.

Zawód artysty (czy to jednak aby zawód?) jest jednak zawodem wysokiego ryzyka. Zresztą podobnie jak biznes. Tu i tam istnieje bardzo mocne prawdopodobieństwo bankructwa. W pisarstwie zresztą jest chyba nawet trudniej.

Dość powszechnie wiadomo, że w naszym kraju literatów utrzymujących się z samej kreacji jest niewielu i że na ogół są to pisarze uprawiający twórczość tzw. gatunkową (powieść kryminalna, powieść obyczajowa, fantastyka). Co więcej – do zawodu pisarza dochodzili mozolnie, pisując przez lata książki, ale też jednocześnie pracując gdzieś indziej. Dopiero jak udało im się uzyskać przyzwoite dochody, to rezygnowali z etatowej pracy (a taka decyzja zawsze jednak wiązała się z ryzykiem) . Marek Krajewski uczył studentów gramatyki łacińskiej, Zygmunt Miłoszewski siedział po nocach w redakcji tygodnika opinii, Olga Tokarczuk była psychologiem klinicznym, a potem służyła terapią i poradnictwem w strukturach wałbrzyskiego kuratorium, Manuela Gretkowska „robiła” w prasie, tyle, że kolorowo – magazynowej, Andrzej Stasiuk wspomaga wciąż działalność rodzinnego wydawnictwa, Krzysztof Varga związany jest z „Gazetą Wyborczą”, Andrzej Sapkowski był handlowcem – inni żyją z działalności publicystycznej, naukowej, dydaktycznej, zasuwają w rozmaitych miejscach, częstokroć w ogóle niezwiązanych z kulturą i nie robią z tego afery.

Szybowicz (w kontekście twórczości Malanowicz) powiada w swym artykule, zamieszczonym na stronach „Krytyki politycznej”, że pewien typ literatury (w punkrockowym skrócie nazwijmy go – „wysokiej”, „z ambicjami”) nie będzie powstawał, jeśli pisarz nie uzyska wsparcia, skoro czytelnicy go zawodzą, bo nie dorośli, nie docenili etc.

Ale to wsparcie leży na ulicy! Rozmaite stypendia Ministra Kultury, stypendia miejskie (np. Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy), stypendia samorządów – wojewódzkich i miejskich; proszę bardzo. To są bardzo konkretne sumy, oscylujące nierzadko w okolicach tzw. średniej krajowej - dziś jakieś 3 i pół tysiąca brutto – miesięcznie. Może zamiast histeryzować publicznie, Malanowska winna wypełnić formularz aplikacyjny?

Albo pogodzić się z tym, że bycie artystą dla znakomitej większości, nie tylko w Polsce, to użeranie się z codziennością. Plastycy robią rzeczy użytkowe, malarze zajmują się grafiką edytorską, poeci pracują jako korektorzy albo copywriterzy, muzycy grają rozmaite chałtury podczas popularnych koncertów.

Beneficjentów i szczęśliwców jest w sztuce zawsze tylko garstka.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 13-03-2014  |   komentarze: (1)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl