Szukaj

Południk 21 - trailer

Czytamy mniej, ale...?

Kolejne socjologiczne raporty na temat czytelnictwa w Polsce wywołują – co najmniej – uczucie niepokoju. W punkrockowym skrócie mówiąc – wychodzi na to, że statystyczny Polak czyta w roku mniej niż jedną książkę – wliczając w to zestawienie podręczniki, książki kucharskie czy rozmaite poradniki. Wypada więc na to, że literaturę piękną czyta nad Wisłą i Odrą jakiś zupełnie marginalny odsetek ludności.

To by jakoś tłumaczyło, czemu prasa popularna, radio i telewizja niespecjalnie zajmują się twórczością polskich – i nie tylko polskich – pisarzy. Bo ileż można mówić o marginesie, inwestując w to mówienie zupełnie realne pieniądze?

Jesteśmy zapóźnieni wobec nowoczesnego świata w wielu dziedzinach. Emitujemy za dużo trujących gazów, mamy reliktowy przemysł, rolnictwo (choć tu się akurat wyraźnie poprawia), niedorozwiniętą infrastrukturę transportu (tu poprawę też widać, zwłaszcza przed Euro 2012, ale zobaczymy co dalej), niewydolny sektor usług itd.

W dziedzinie czytelnictwa – czy raczej nieczytelnictwa – jesteśmy natomiast, zdaje się, w awangardzie. Tak jest. Jeszcze się bronią rozmaite twierdze Grenady.  Jeszcze Skandynawowie, Włosi, Niemcy czy inne nacje zawyżają mroczne statystyki i powstrzymują nieuchronne tendencje.

Bo za chwilę inni dołączą do nas. To znaczy przestaną czytać. Peter Slodertijk już to opisał: będziemy żyć w cynicznym dobrobycie, a cyniczny dobrobyt nie potrzebuje naddatku w postaci  - na przykład – literatury, która mnoży jakieś wątpliwości, zupełnie nieprzydatne.

Będziemy pracować do późnej starości, intensywnie, nie mając czasu na zupełnie zbędne rozrywki. Będziemy za to intensywnie oglądać telewizję, po całym dniu pracy, żeby się odstresować. Żeby się wyciszyć natomiast, nie będziemy oglądać telewizji, tylko poświęcimy się życiu rodzinnemu. Będzie dobrze.

Na razie mały postulat: niechby i Polacy nie czytali książek, gdyby tylko mniej bili własne dzieci i porzucali domowe zwierzęta na poboczu dróg. Co prawda ktoś powiedział, że obcowanie z literaturą (sztuką) uwrażliwia na inne sprawy, ale może to nieprawda? Może nie czytajmy więc, bylebyśmy byli bardziej empatyczni dla zwierząt i ludzi?


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław klejnocki  |   dnia: 23-03-2012  |   komentarze: (3)

Jeszcze słowo o ebookach

W „Gazecie Wyborczej” od kilku dni dyskusja o literaturze przenoszonej przez ebooki. Przyszłość to, czy jedynie chwilowy, modny gadżet? Papierowy nośnik słowa skazany już na zagładę, czy też przetrwa te elektroniczne perturbacje książka tradycyjna, pachnąca, ten stop elementów, wygładzonych ręką artysty (że się na moment , kryptocytatnie i parafrazalnie, zapożyczę u Wielkiego Poety…)?

Wszystko to dziś wciąż wróżenie z fusów.  Z jednej strony mam wrażenie, że ludzie chętnie porzucają stare formy i formuły dla nowych, jeśli tylko te nowe zdają się wygodniejsze i prostsze w użyciu. Co innego oczywiście sentyment, ale to inny porządek, niezależny od porządku utylitarności i wygody.

Bo na przykład tramwaj konny to rzecz jasna sam romantyzm i płynna nostalgia, ale jednak wolimy mknąć dziś przez centra miast zelektronizowaną kapsułą na szynach. Bo maszyna do pisania to całe dzieje literatury i w ogóle część jej legendy (jak pióra wieczne i długopisy), ale jednak wybieramy czułą, delikatną i cichą klawiaturę laptopów.

Książka papierowa przetrwa, nie mam co do tego żadnych wątpliwości, ale się zelitaryzuje i ulegnie marginalizacji. Jeszcze my, którzy pamiętamy wzruszenia dzieciństwa, związane z obcowaniem z paperbookiem, nie oddamy łatwo tego przyczółka. Jeszcze moja córka Weronika, dziś dziewięcioletnia, która – w zasadzie sama – nauczyła się czytać w wieku lat siedmiu, gdy chlipała, sylabizując kolejne wersy „Ronji, córki zbójnika” Astrid Lindgren, dochowa zapewne wierności papierowemu nośnikowi. Ale młodsi? Czyż nie będą woleli jakiejś nowoczesnej, dziś trudno wyobrażalnej, wersji interaktywnych tabletów lub czytników (z funkcjami, o jakich w tej chwili nie umiemy nawet zamarzyć)? Tak jak my nie umieliśmy wyobrazić sobie, swojego czasu, jak może wyglądać komputer osobisty anno domini 2011, gdyśmy lata temu, z płonącym wzrokiem, katowali maszyny spod znaku Atari, ZXSpectrum, czy jak one się tam wtedy nazywały?

Papierowa książka przetrwa zatem, ale elektronika wygra. Tak jak wygrała płyta CD z winylem (choć ten wciąż  funkcjonuje niszowo), a znów z płytą CD wygrały kolejne mp 3, 4….5, 6 (?). W niedalekiej przyszłości będziemy ściągać pliki pamięci czy też pliki muzyczne kliknięciem palców czy mrugnięciem powiek. Albowiem Sieć będzie już wszechobecna i bio-interaktywna z naszym ciałem.

Wszystko to melodia przyszłości niedalekiej. Na razie czytamy książki papierowe, a czytniki elektroniczne tekstów… No właśnie. W tym momencie widzę szanse dla ich rozpowszechnienia w zupełnie innej przestrzeni niż literatura. Zamiast hasła „laptop dla każdego ucznia” proponuję zatem hasło „elektroniczny czytnik tekstów dla każdego urzędnika”. Wiecie ile drzew da się zaoszczędzić, jeśli gigantyczny obrót biurokratycznej korespondencji  byłby przeprowadzany digitalnie? Wyobrażacie sobie te czyste urzędnicze biurka, na których nie zalegają tony papierów? Owszem, zostaje filiżanka z kawą lub herbatą, ciasteczka, pieczołowicie zawinięta w folię czy papier śniadaniowy kanapka przyniesiona z domu. A obok nich elegancko ascetyczny tablet pełen rozporządzeń, okólników, umów, oficjalnych próśb, podań, zaleceń, urzędowych zapytań etc.   


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 13-03-2012  |   komentarze: (2)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl