Szukaj

Południk 21 - trailer

Arcydzieła nie dla szkoły?

 
Kiedyś obiecałem, że jeszcze nieco "podrążę" sprawę szkolnych lektur. Co prawda w szkole już nie pracuję, ale pozostał mi jeszcze ogląd rzeczy z perspektywy uniwersyteckiego metodyka (z powodu ograniczeń finansowych na Wydziale, w przyszłym roku akademickim będę się zajmował tylko tym; żegnajcie poetyckie seminaria i konwersatoria). Jest okazja, bo po zeszłorocznej sesji na temat kanonów literackich, organizowanej przez mój macierzysty Instytut Polonistyki Stosowanej, spisałem garść refleksji z ustnego wystąpienia. Oto one:

"Z punktu widzenia (byłego już) nauczyciela licealnego kanon lektur szkolnych jest koniecznością i dopustem Bożym zarazem.
Koniecznością dlatego, że stanowi konkretny materiał, na którym się pracuje podczas zajęć. Założenia ideowe kanonu, jego treść – to już zupełnie inna kwestia. Najważniejsze, że musi on istnieć. Co więcej, musimy – jako nauczyciele – pogodzić się z tym, że jakikolwiek, będzie on zawsze niedoskonały.
I tu zaczyna się dopust Boży. Skoro wiadomo, że nie można stworzyć kanonu idealnego (czyli satysfakcjonującego wszystkich: nauczycieli, metodyków, literaturoznawców, rodziców uczniów, uczniów samych, polityków itd.), to warto może myśleć o kanonie lektur, który wyłaniałby się z jakiejś skonkretyzowanej idei nauczania literatury? Rzecz w tym, że idea ta – jeśli w ogóle jakaś patronuje układającym i „monitorującym” kanony – jest dziś zamglona, niewyraźna, niedookreślona. Albo lepiej: jest raczej tworem synkretycznym, popadającym w eklektyzm. Bo – skupmy się na kanonie lektur ponadgimnazjalnych – istnieje tu kilka porządków, których konsekwencję stanowi późniejszy dobór konkretnych tekstów. Jest porządek obywatelsko – tyrtejski, by tak go nazwać, jest porządek prezentacji niektórych szkół filozoficznych, nauczania estetyki itp. Do tego dochodzi jeszcze zjawisko, które nazwałbym „zasiedzeniem się” niektórych tekstów w obrębie kanonu. Bez przytaczania tytułów – idzie o to, że dany tekst funkcjonuje w kanonie niejako „od zawsze”, choć obecnie coraz trudniej przychodzi uzasadnienie tej obecności.
Taki kształt kanonu szkolnego wystawia go na niebezpieczeństwo niestabilności (można niemal dowolnie domagać się usunięcia tekstu lub wstawienia innego – gdyż zawsze znajdzie się jakaś na to argumentacja) oraz naraża na krytykę i niezadowolenie – z różnych zresztą pozycji światopoglądowych, metodycznych, literaturoznawczych.
I jeszcze jeden aspekt, który sygnalizuje tytuł niniejszego tekstu. Skądinąd w cudzysłowie i ze znakiem zapytania, a to wszystko dlatego, by tezy poniższe ukazać jako mimo wszystko dyskusyjne.
Istnieje bowiem dość wyraźny konflikt pomiędzy tzw. „kanonem funkcjonalnym” a „kanonem arcydzieł”. Kształt tego pierwszego jest pochodną założenia, że kanoniczny tekst źródłowy nie tyle podlega wszechstronnemu oglądowi (analizie, interpretacji, waloryzacji) podczas zajęć, ile bardziej służy kształceniu humanistycznych umiejętności uczniów (czytania, komentowania, formułowania wypowiedzi etc.). Wtedy – na przykład – dopuszczalna jest praca nad fragmentami tekstów kanonicznych, gdyż w funkcjonalnym ujęciu integralność dzieła nie stanowi podstawowej wartości. Model „kanonu arcydzieł” reprezentuje odmienne założenie: prezentacji tekstów w całości, dodajmy, tekstów, których wysoka wartość jest w zasadzie niedyskutowana.
Pomiędzy tymi dwoma – skrajnymi modelami – może zachodzić oczywiście kontaminacja. I taki właśnie jest nasz polski kanon ponadgimnazjalny. Stąd jego, wspominany już, eklektyzm.
Postawić chciałbym taką tezę: model „kanonu arcydzieł” jest de facto nie do zrealizowania w dzisiejszym kształcie szkolnictwa ponadgimnazjalnego. Po pierwsze – za mało jest czasu, by czytać i omawiać arcydzieła (trzy lata szkoły, zaledwie kilka godzin lekcyjnych w tygodniu). Po drugie – lista lektur jest zbyt obszerna. Gdyby zatem trzymać się idei realizacji modelu „kanonu arcydzielnego”, trzeba by drastycznie ograniczyć liczbę dzieł w spisie lektur i dołożyć starań, by liczba zajęć w tygodniu nie była mniejsza niż pięć.
Jest wszakże jeszcze jedna – bardzo istotna – kwestia związana z modelem „kanonu arcydzielnego”. Wiele z tych tekstów jest bowiem zbyt trudnych dla znakomitej części uczniów. Kiedy rozpoczynałem pracę w szkole w drugiej połowie lat osiemdziesiątych lektury takie jak na przykład „Noce i dnie” (czytane zresztą nie w całości!) sprawiały ogromny kłopot obu stronom zaangażowanym w proces dydaktyczny. Dla nauczycieli było to zazwyczaj wyzwanie metodyczne, dla uczniów – percepcyjne. Dziś, po zmianach kulturowych i przy takim umasowienia kształcenia, problemy te zwielokrotniłyby się.
Z drugiej jednak strony model „kanonu funkcjonalnego” bywa krytykowany – poniekąd słusznie – za sprowadzenie literatury do kategorii środka (modus), kiedy – wydaje się – kanon winien mieć to do siebie, że stanowi raczej cel poznania.
W tej sytuacji, kiedy myślę o kanonie ponadgimnazjalnym „na dziś”, wracam do pewnego pomysłu, który prezentowałem w zarysie już jakiś czas temu.[1] 
Wyniki nowej matury pokazują, że konieczne jest – na etapie szkolnictwa średniego – gruntowne kształcenie umiejętności, a nie wiedzy. Widać też, że w szkołach wciąż, mimo zewnętrznych (w tym egzaminacyjnych) zmian, pokutuje staroświecki i nieefektywny sposób nauczania. Stąd właśnie idea podziału przedmiotu „język polski” na dwa przedmioty: „język polski” i „literaturę”.
Przedmiot pierwszy byłby obowiązkowy dla wszystkich uczniów liceum, a jego program zakładałby przede wszystkim koncentrację nad umiejętnością czytania rozmaitych (w tym bardziej skomplikowanych) tekstów humanistycznych ze zrozumieniem (i umiejętności ich interpretowania). W ramach kształcenia ćwiczono by również umiejętność formułowania wypowiedzi pisemnej i ustnej (w tym tzw. funkcjonalnych). Oznacza to też nacisk na rozmaite praktyczne i funkcjonalne zajęcia językowe: praktyczną stylistykę, elementy retoryki, kulturę języka polskiego itd. Egzamin maturalny – w formie testu i wypracowania interpretacyjno – ukierunkowanego (czyli w formie podobnej do dzisiaj stosowanej na nowej maturze) odwoływałby się do zakresu wiedzy i umiejętności nabytych w trakcie kształcenia w obrębie tego właśnie przedmiotu (byłby obowiązkowy dla wszystkich abiturientów). Przedmiot, pod roboczą nazwą, „literatura” dzieliłby się na część obowiązkową i fakultatywną. Zakres obowiązkowy dotyczyłby wszystkich uczniów liceum (uczniów na średnim poziomie nauczania). W mojej intencji lista tekstów kanonicznych ogniskowałaby się wokół klasyki narodowej oraz wielkich tekstów literatury europejskiej i światowej (kryterium rangi i pozycji). Kanon lektur w tym wymiarze powinien pokazywać zestaw tekstów fundujących tożsamość Polaka, ale też Europejczyka. Przedmiot ten, w zamyśle, powinien być nauczany przez wszystkie trzy lata kształcenia licealnego.
Przedmiot „literatura” (w przeciwieństwie do przedmiotu „język polski”) byłby fakultatywny wśród przedmiotów maturalnych (jak np. biologia czy geografia), czyli mógłby zostać wybrany przez abiturienta na pisemnym egzaminie maturalnym. Egzamin na poziomie „podstawowym” (w dzisiejszej nomenklaturze) odwoływałby się właśnie do wspomnianego kanonu lektur obowiązkowego dla wszystkich uczniów (kanon narodowy + kanon uniwersalny).
Poza tym wprowadzony zostałby przedmiot „literatura na poziomie rozszerzonym” (również fakultatywny na maturze, a także fakultatywny w szkole średniej – byłby on odpowiednikiem dzisiejszych zajęć „rozszerzonych” z języka polskiego np. w klasach humanistycznych i odpowiadałby dzisiejszemu zakresowi zajęć „rozszerzonych” z literatury). Na tym poziomie moglibyśmy pokusić się o realizację „kanonu arcydzieł” i wysublimowane zajęcia zorientowane na kształcenie przyszłych intelektualistów.
W takiej konfiguracji wyniki egzaminu maturalnego z zajęć fakultatywnych mogłyby być brane pod uwagę – jako pierwsze – przez humanistyczne wydziały uniwersytetów i szkół wyższych przy rekrutacji. Niezbędne do zdania matury, także przez „niehumanistów”, byłyby natomiast tylko wyniki egzaminu na poziomie podstawowym."


[1] Dlaczego bronię nowej matury? w: Kompetencje nauczyciela polonisty w szkole, red. E. Bańkowska, A. Mikołajczuk, Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2006, s. 321 - 326
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 24-03-2010  |   komentarze: (6)

Czy reporterowi wolno zmyślać?

W wersji radykalnej pytanie to postawić wypada jeszcze brutalniej: „czy reporterowi wolno kłamać?” Idzie o granicę między literaturą (której istota wszak tkwi w kreacji) a działalnością reportera, który ma raczej relacjonować (przynajmniej w dość potocznym mniemaniu).
Jak można się domyślać – pytania te stawiam po lekturze książki Artura Domosławskiego „Kapuściński non – fiction”, która jeszcze przed wydaniem narobiła sporo szumu, a nawet, jak to w Polsce, doczekała się recenzji od ludzi, co to nawet do niej nie zerknęli.
Od razu zastrzeżenie: właściwie nie o książce Domosławskiego chciałbym tu napisać kilka słów, ani nawet nie o samym Ryszardzie Kapuścińskim. Z licznych wątków obecnych w tekście dziennikarza „Gazety Wyborczej” wybieram zatem jeden, być może wcale nie najważniejszy (rozumiem, że dla wielu czytelników istotniejszy będzie np. wątek lustracyjny czy też towarzysko – erotyczny).
Sprawę, o której chciałbym się wypowiedzieć widzę w trzech aspektach: teorii reportażu, niedookreślonej pozycji artystycznej autora „Imperium” i wreszcie rozwarstwienia samego dorobku pisarskiego Ryszarda Kapuścińskiego.
Najpierw kwestia druga: na czym polegałoby „niedookreślenie pozycji artystycznej” twórcy „Cesarza”? Otóż – na występowaniu Ryszarda Kapuścińskiego w wielu rolach. Od roli dziennikarza agencyjnego, korespondenta zagranicznego, aż po rolę reportera, pisarza. To są jednak dość różniące się od siebie „profesje”. Od dziennikarza agencyjnego żądamy nadzwyczajnej rzetelności informacyjnej, reporter natomiast, a już pisarz obracający się w kręgu literatury faktu tym bardziej, mogą sobie pozwolić na zabiegi kreacyjne. Pozornie wydaje się, że droga Kapuścińskiego była linearna i prowadziła właśnie przez takie etapy – i w tej kolejności – jak wyżej przytoczyłem. Ale jednak nie, bo narrator w jego książkach pojawiał się (oczywiście w różnym stopniu) w rozmaitych „nasyceniach” wiarygodności. Stąd też złożona ontologia samego bytu pisarskiego, jakim był Ryszard Kapuściński. Słyszałem gdzieś (lub czytałem) genialne opisanie przeobrażeń autora „Wojny futbolowej”: że będąc dziennikarzem marzył o byciu reporterem zagranicznym; będąc już reporterem zazdrościł pisarzom i widział siebie w tej roli, a zostawszy pisarzem – postanowił stać się myślicielem (Domosławski zresztą, w wersji co prawda okrojonej, przywołuje ten aforyzm).
Teraz więc kwestia trzecia: rozwarstwienie dorobku. Mamy tu rzeczy malutkie, jak notki prasowe (czasami pewnie nawet anonimowe ) dla Polskiej Agencji Prasowej (nb. Marcin Wojciechowski pisze w „GW”: „Jego depesze były niezwykle szczegółowe i kompetentne. Sporo ich wchodziło do biuletynu specjalnego PAP, przeznaczonego dla najwyższych władz PRL. To najlepsza, acz przewrotna, rekomendacja rzetelności Kapuścińskiego”), mamy „czyste” reportaże (jak – w moim przekonaniu np. „Busz po polsku”), mamy literaturę faktu (jak „Wojna futbolowa”), mamy „czystą” literaturę piękną (przede wszystkim „Cesarz”, w mniejszym stopniu „Szachin – szach” i „Heban”), mamy książki refleksyjno – filozoficzne (też w rozmaitych podgatunkach: „Imperium”, „Lapidarium” czy „Podróże z Herodotem”).
Jeden autor – a tak wiele „języków” wypowiedzi. Łatwo jest się czytelnikowi pomylić, albo: trudno jest się czytelnikowi zorientować – „który” Kapuściński w danej chwili, w danym dziele mówi.
Obserwator uczestniczący i skwapliwie notujący, by potem – w refleksji uogólniającej opisać zdarzenia, których był świadkiem w sposób szerszy, panoramizujący („Wojna futbolowa”). Artysta, który przetwarza fakty i kompiluje źródła, by stworzyć alegorię („Cesarz”). Myśliciel, który z obserwacji, uczestnictwa i lektur wysnuwa opowieść na poziomie refleksji uglobalnionej z jednej, a skonkretyzowanej na danym modelu cywilizacyjno – kulturowym z drugiej („Imperium”).
Weźmy przykład „Cesarza”, chyba najbardziej literackiej książki Kapuścińskiego. To nie jest opowieść o Etiopii, to jest opowieść o alienacji władzy na bardzo ogólnikowo zarysowanym etiopskim konkrecie. Jeśli już się upierać przy jej walorach poznawczych – to najciekawsze, że książka ta szła pod prąd oficjalnego wizerunku Hajle Selasje w Polsce (pozytywnego, ze względu na walkę cesarza z faszyzmem). Była poza tym czytana jako aluzyjny portret funkcjonowania Edwarda Gierka i jego ekipy (nie bez kozery zwanej często „dworem”). De facto – w odbiorze czytelniczym była to książka „opozycyjna”.
Znajduję natomiast wypowiedź filozofa angielskiego Rogera Scrutona w „DGP”: „Kiedy pierwszy raz przeczytałem jego książkę o cesarzu Etiopii, od razu zrozumiałem, że ten człowiek pracuje dla służb specjalnych. To było oczywiste. Cesarz ukazał się akurat w momencie, kiedy Związek Radziecki chciał przejąć to afrykańskie państwo. Przygotowywał drogę do tzw. Rewolucji pułkownika Mengistu Hajle Mariama i wszystkich horrorów, które potem oglądaliśmy (Ale kto przygotowywał? Kapuściński czy Związek Sowiecki? – JK)”.
Nonsens pogania tu nonsens. Przede wszystkim ten literalny odbiór parabolicznego tekstu! Że o Etiopii właśnie i na dodatek biorący udział w jakimś szatańskim spisku politycznym! Oj, kompetencje literackie filozofa pozostawiają wiele do życzenia.
Poza tym wiadomo, że Kapuściński pisał z mozołem, że się z „Cesarzem” zmagał czas dłuższy, szukając odpowiedniej poetyki. Służby byłyby tak doskonałe, że skonwergowałyby czas wydania książki z jakimiś makiawelicznymi ruchami Sowietów na politycznej szachownicy? A poza tym o jakim wydaniu „Cesarza” mówi Scruton? O pierwszym, w Polsce? A kto by się przejmował urabianiem krajowego czytelnika, żeby usprawiedliwić rozmaite zakusy ZSRR? Jak sowieci wchodzili do Afganistanu, to żadnej podobnej akcji literackiej w naszym kraju nie było. A jeśli Scruton ma na myśli wydanie zagraniczne „Cesarza” w języku angielskim – to już w ogóle kosmos, kiedy ma się w pamięci odległość czasową rozdzielającą kamień węgielny pierwszego zdania książki od materializacji tłumaczenia (a po drodze jeszcze zabiegi autopromocyjne autora w tym zakresie, bo mu specjalnie nie pomagano).
Piszę o tym, żeby poobserwować funkcjonowanie mitomanii i mitotwórstwa. „Cesarz” to czysta literatura, powtarzam, tu twórca ma kompletną dowolność kreacji. Ale jeśli czytelnik kojarzy Kapuścińskiego z reporterką, a w książce wolałby widzieć cudacznie podany portret Etiopii – to już jest sam sobie winien… Słychać głosy komentatorów, że byłoby lepiej, gdyby za każdym razem Kapuściński dawał jakieś klarowne znaki – czym jest dana książka, jak ją rozumie: czy raczej literacko, czy dziennikarsko itd. Sic!
Wreszcie aspekt pierwszy: teoria reportażu. Pojęcie „literatura faktu” rozbudowuje ramy reportażu, nadając mu możliwości kombinatoryki w zakresie tzw. „formy”. Innymi słowy: materia tekstu ma swe korzenie w rzeczywistości, natomiast technika pisarska zakorzeniona jest w typowo literackich zabiegach. Jeśli zatem w tej sferze mieć pretensje do Domosławskiego, to takie, że zaniedbał refleksję teoretycznoliteracką i – zbytnio ufając samej praktyce – nie znalazł czasu, aby się nieco z dziejami reporterki zapoznać.
Tylko informacyjnie zatem, bo nie będziemy tu prowadzić wszechnicy literaturoznawczej – powołajmy się na prace nestora Wańkowicza. W połowie lat 70. XX wieku ukazała się fundamentalna, dwutomowa rozprawa autora „Na tropach Smętka”, w której podjął się – publicystycznego co prawda – ale jednocześnie dość wszechstronnego, rozbioru problematyki reporterskiej. W tomie I „Karafki La Fontaine’a”, w rozdziale „Poszerzenie konwencji reportażu” dylematy, które Domosławski stawia jako odkrywcze i krytyczne (kwestia konfabulacji, synkretycznego kształtowania postaci – etc.), zostały przez Wańkowicza z werwą scharakteryzowane. Oto fragment:
„Bohater przyjeżdża do Casablanki. Pragnie dać obrazek, jak bezdusznie zachowywali się urzędnicy. Mam z Belgradu świetny kamyczek, jak tamtejszy konsul traktował zwracających się do niego rodaków. Wprawiam go w passus Casablanki, pasuje jak ulał do tematu, bo tematem nie jest taki czy inny konsul, tylko los polski, który oddać należy w całej prawdzie. Reportaż jest o tym losie właśnie, a technika tycząca postronnych tematów – półpowieściowa. Jest to jasne, bo nazwiska są fikcyjne, czytelnik jest uprzedzony. Mimo to otrzymuję płomienne protesty, że przecież w Casablance był konsul Iksiński, przykładny Polak mający sześcioro dzieci, a ja go tak obsmarowałem.
Ustęp w „Drogą do Urzędowa” o komendancie garnizonu w Taranto był sklejony z obserwacji trzech generałów. Trzebaż, że ten, który był w Taranto, szukał protektorów po prasie, która przez niedźwiedzią przysługę przygwoździła go na amen do opowiadania i do śmiesznostek jeszcze dwóch generałów.”
Konwencja literatury faktu dopuszcza więc swoiste manipulacje, żadnej Ameryki Domosławski tu nie odkrywa. Raczej się kompromituje, stawiając zarzuty wobec praktyki pisarsko - reporterskiej Kapuścińskiego.
Ale, żeby była w tej sprawie pełna jasność, że strawestuję klasyka poezji: uważam, że pisarstwo Ryszarda Kapuścińskiego jest – w ostatecznym rozrachunku – nierówne. Dawne, pozostające w orbicie rzetelności, reportaże zagraniczne o ambicjach interpretacyjnych wobec rzeczywistości („Jeszcze dzień życia”, „Kirgiz schodzi z konia”) postarzały się mocno i dziś bardzo ciężko się je czyta. Można powiedzieć, że zbyt wielkie ambicje, a za ciężkie jeszcze – wtedy – pióro (albo uwikłania).
A znów książki pisane z pozycji myśliciela: „Imperia”, „Lapidaria”, „Podróże z Herodotem” – nazbyt naskórkowe, by nie rzec – miejscami powierzchowne. Ewidentnie status myśliciela nie posłużył autorowi.
Natomiast „Cesarz”, „Szachin – szach” i – z pewnymi wątpliwościami – „Heban” – ekstra. Nobel.
No dobrze, zapytacie, ładnie, ładnie – ale jaka w końcu Twoja odpowiedź na postawione w tytule pytanie? Mógłbym się wyłgać jakimś zgrabnym sylogizmem w stylu: „Reporterowi wolno kłamać, ale tylko po to, by powiedzieć Prawdę”. Albo, jak mawiają Włosi: „Se non e vero, e ben trovato („nawet jeśli nieprawdziwe, to dobrze wymyślone”).
Jednak – poważnie – nie wiem. Chciałbym widzieć w Ryszardzie Kapuścińskim pisarza, który napisał dwie, trzy genialne książki. A to wszak nie tak mało.
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 08-03-2010  |   komentarze: (5)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl