Szukaj

Południk 21 - trailer

Jeszcze o szkole i lekturach...

 

Poprzedni wpis wzbudził na tyle żywą wymianę poglądów, a i ja – mimo że starałem się rzecz doprecyzować w komentarzach – nie wyraziłem się chyba zbyt precyzyjnie, że zdecydowałem sprawom lektur szkolnych poświęcić jeszcze trochę miejsca.


Grzechem fundamentalnym polskiej szkoły czy może w ogóle systemu edukacyjnego (choć mam tu na myśli głównie szkolnictwo ponadpodstawowe, na którym najlepiej się znam) jest to, że nie bardzo wiadomo kogo ten system ma, pardon za sformułowanie, “wyprodukować” (uformować, ukształtować itp.). Efektem: chaos będący pomieszaniem elementów różnych (często szczątkowo występujących) koncepcji, szkół pedagogicznych czy metodycznych, wreszcie nawet idei. Pal licho, gdyby chodziło o sprawiającą wrażenie chaosu różnorodność (przedszkola i szkoły o rozmaitym formacie ideowym, oferujące rozmaite, byleby spójne koncepcje edukacyjne i wychowawcze). Więcej – to byłoby twórcze, ciekawe, no i oferowałoby rodzicom, jak i samym, starszym już uczniom, możliwości rzeczywistego wyboru najlepszej dla nich opcji.


Jednakże chaos ten ma wymiar wewnętrzny (choć oczywiście i to opisane “zewnętrzne” zróżnicowanie placówek w sposób co prawda mocno niedoskonały, ale funkcjonuje). To w obrębie jednej i tej samej szkoły czy przedszkola ścierają się, synkretyzują rozmaite tendencje, które tworzą czasem obraz może i zabawny, ale tylko do momentu, gdy zobaczysz jak to wszystko działa na twoje własne dziecko. Wtedy ten stan radosnego i nieuświadomionego na ogół przez personel dydaktyczno – wychowawczy swoistego postmodernizmu zaczyna niepokoić.


Nieustanne “grzebanie” w lekturach przez kolejne ekipy ministerialne, bądź powoływane przez nie ekipy fachowców, jest właśnie pokłosiem owego braku spójnej wizji absolwenta liceum i przyszłego inteligenta (bądź przedstawiciela klasy średniej, jak kto woli).


Od pewnego czasu staram się upowszechniać własny pomysł na uporządkowanie całego tego nieładu – przynajmniej na poziomie ponadgimnazjalnym.


Otóż, wydaje mi się, należy rozbić dotychczasowy przedmiot pod nazwą “język polski” na dwa: “język polski” i “literatura” (to nazwy robocze). Zmiana ta wcale nie musi oznaczać zwiększenia pensum godzin, bowiem wszystko odbyć się może w ramach obecnie funkcjonujących standardów czasowych.


Nowa matura (i to jest jej zasługa) ukazała i wciąż ukazuje fundamentalne braki w wykształceniu młodzieży w wieku “przeduniwersyteckim”. Jeśli idzie o język polski: nieumiejętność czytania (i rozumienia) tekstu (zresztą – średnio trudnego), nieumiejętność odróżniania informacji od opinii, nieumiejętność poprawnego (pod względem logicznym i językowym) formułowania własnych myśli, nieznajomość i niezrozumienie tekstów literackich, ogólną ignorancję kulturowo – cywilizacyjną, nieumiejętność interpretowania tekstów (a co za tym idzie – także zjawisk cywilizacyjnych). System “staromaturalny” pozwalał wszystkie te braki maskować i ukrywać (więc wyglądało, że “na ogół”, jest dobrze).


Wyniki nowej matury pokazują, że konieczne jest – na etapie szkolnictwa średniego – gruntowne kształcenie w zakresie umiejętności, a nie wiedzy. Widać natomiast, że w licznych szkołach wciąż, mimo zewnętrznych (w tym egzaminacyjnych zmian), pokutuje “staroświecki” i nieefektywny sposób nauczania. Stąd właśnie idea podziału opisana wyżej.


“Język polski” byłby w tym moim zamyśle obowiązkowy dla wszystkich uczniów szkół ponadgimnazjalnych, a jego program zakładałby przede wszystkim nad umiejętnością czytania rozmaitych (w tym bardziej skomplikowanych) tekstów humanistycznych ze zrozumieniem (i umiejętnością ich interpretowania). Ćwiczono by również umiejętność formułowania wypowiedzi pisemnej i ustnej (rozmaite gatunki tychże, także te użytkowe, jak CV czy list motywacyjny). Oznacza to też kładzenie nacisku na rozmaite praktyczne i funkcjonalne zajęcia językowe: praktyczną stylistykę, elementy retoryki, kulturę języka itp. Egzamin maturalny – w formie testu i wypracowania interpretacyjno – ukierunkowanego (czyli w formie podobnej do dzisiaj stosowanej na nowej maturze) odwoływałby się do zakresu wiedzy i umiejętności nabytych w trakcie kształcenia w obrębie tego właśnie przedmiotu (byłby on zatem obowiązkowy dla wszystkich abiturientów).


Przedmiot “literatura” dzieliłby się na część obowiązkową i fakultatywną. Zakres obowiązkowy dotyczyłby wszystkich uczniów szkół ponadgimnazjalnych. W mojej intencji liczba tekstów kanonicznych (tu: literackich i paraliterackich) ogniskowałaby się wokół klasyki narodowej oraz wybitnych tekstów literatury europejskiej i światowej. Kanon lektur pokazywać powinien zestaw tekstów fundujących tożsamość Polaka, ale też Europejczyka. Przedmiot ten, w zamyśle, powinien być nauczany przez wszystkie trzy lata kształcenia ponadgimnazjalnego. Przedmiot “literatura” byłby natomiast fakultatywny wśród przedmiotów maturalnych (wszyscy musieliby się go uczyć, nie wszyscy musieliby zdawać).


Przedmiot “literatura” byłby nauczany na dwóch poziomach: “podstawowym” i “rozszerzonym” (wedle dzisiaj stosowanej nomenklatury). Na poziomie podstawowym – obligatoryjny w nauczaniu, na poziomie rozszerzonym – do wyboru (fakultatywnie). Oba poziomy – fakultatywne jako egzaminy maturalne. Zajęcia na poziomie rozszerzonym byłyby bardziej specjalistyczne (bardziej tradycyjnie filologiczne, bardziej historyczno – literackie, z rozbudowanym, wysublimowanym kanonem lektur), odbywałyby się także przez trzy lata kształcenia ponadgimnazjalnego lub krócej (do wyboru przez szkołę).


Taki pomysł spełnia wymóg zróżnicowania kształcenia (choćby pod względem regionalizacji czy poziomu uczniów), dawałby też możliwość współkształtowania przez daną szkołę programu nauczania: wedle preferencji zarówno nauczycielskich jak i uczniowskich. A jednocześnie wszyscy edukowani by byli wedle centralnego kanonu zagadnień i lektur – sprowadzonego wszelako do niezbędnego minimum.


Szczegółowe propozycje – dotyczące zakresu konkretnych problemów czy konkretnych lektur mam oczywiście w zanadrzu, ale nie będę już więcej na ten temat nudził. Chciałem jedynie pokazać, że uporządkowanie tego wszystkiego nie jest znowu takie trudne.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 30-03-2009  |   komentarze: (19)

Po co czytać?

Badania z ostatnich lat wykazywały, że tzw. statystyczny Polak czyta w ciągu roku około półtorej książki, w tym jeden podręcznik. Oznaczało to, że znaczący procent rzeczywistych obywateli nie czyta książek w ogóle.

Wyniki najnowszych badań, ogłoszonych w zeszłym tygodniu, przynoszą zatrważające ustalenia. Pal licho tego “statystycznego” Polaka, okazuje się bowiem, że dobrze ponad połowa konkretnych rodaków w ostatnim roku nie przeczytała niczego, nawet książkopodobnego (tzn. także albumu, podręcznika, poradnika itp.).


O dziwo, w komentarzach, wydawcy niespecjalnie narzekają na dekoniunkturę. Więcej – stwierdzają nawet, że mają rosnącą sprzedaż itd. Rzeczywiście, jakoś nie słychać o bankructwach: zarówno rekiny, jak i płotki pływają sobie jakoś w akwarium rynku i wiążą – nie tak znów dramatycznie w wielu wypadkach – koniec z końcem. A jeśli już coś zaskakuje, to raczej pozytywnie. I tak szerokim echem odbiła się nie tak dawno wiadomość, że wydawnictwo Zielona Sowa – uchodzące za niszowe, wydające polską prozę i polską poezję współczesną aspirującą do artystycznej, oszczędzające na honorariach itd. – zostało sprzedane zagranicznemu wydawcy za – bagatela! – jakieś 13 mln. zł (zgoda: trochę przesadzam, Zielona Sowa zarabiała na lekturach szkolnych – skądinąd niedbale, a czasem wręcz skandalicznie edytowanych - prowadziła też rozmaite serie, przeznaczone głównie dla akademickiego odbiorcy).


No i jak to wszystko połączyć ze sobą? Diaboliczne wytłumaczenie jest takie: nikt tu nie mówi całej prawdy. Przepytywani przez media wydawcy robią dobrą minę do coraz gorszej gry, w jakiej przyszło im uczestniczyć; a ankietowani Polacy nie ujawniają, że coś jednak zdarza im się – zgoda, zazwyczaj od wielkiego dzwonu – przeczytać (ale znowu czemu mieliby nie ujawniać? Wstydzą się?).


Problem jednak pozostaje: z czytaniem książek jest u nas coraz gorzej. Rozmaici mędrcy znajdują różne przyczyny. Jedni powody widzą w reorientacji społeczeństwa na sprawy materialne po 1989 roku (a wiadomo – jak się chce dużo zarabiać, to trzeba dużo pracować: przynajmniej w społeczeństwach na dorobku – takim jak nasze) i wieszczą, że wraz z rosnącym dobrobytem, nastąpi też progres konsumpcji dóbr kultury. Była już kultura jako źródło cierpień, teraz ma być czas na kulturę jako funkcję zasobów naszych portfeli.


Nie do końca jest się tu z czego śmiać. Inne badania pokazują, że spora część Polaków przyjęła strategię traktowania kontaktu z dobrami kultury za rodzaj luksusu. Kiedy więc trzeba wybierać (i to niekoniecznie akurat tylko teraz, gdy mamy, jak słyszę, kryzys), tnie się właśnie koszta luksusowe – bo jest hipoteka do spłacenia, kredyt samochodowy, trzeba dobrze zjeść i ubrać się przyzwoicie, a i edukacja dzieci kosztuje...


Inni zaś mędrcy twierdzą, że idzie w tym wszystkim o proces reorientacji w dotychczasowej strukturze społecznej. Dawna inteligencja albo się zagubiła, sfrustrowała i zdegenerowała – jak to dzieje się z klasami wymierającymi – albo w procesie przekształcania się w klasę średnią zmieniła priorytety (patrz wyżej).


Jeszcze inni mówią o ciśnieniu – zwłaszcza na młodzież – pyknoleptycznego charakteru cywilizacji. Ruch, dynamizm, “szybki montaż” wydarzeń życiowych (niczym w filmie sensacyjnym), oferta rynku, możliwość realizowania się (spełniania) w 1001 aktywnościach nie służy kulturze druku, która wymaga skupienia, wyciszenia, koncentracji, refleksji i nadto jeszcze sporej dozy samotności (na książką).


Wreszcie zdarzają się i takie wyjaśnienia, które biorą na tapetę socjologię współczesnej rodziny – z zanikającymi więzami pokoleniowymi, więc też z alienacją młodszych pokoleń od tradycji, która była dotychczas przez dziesięciolecia co najmniej przekazywana tą właśnie drogą (dziecko oswajało się z książkami w domu rodziców, którzy byli jednocześnie pierwszymi autorytetami w tej materii).


Chciałbym więc tu jeszcze uwypuklić jeden aspekt tej degrengolady kultury czytania: nauczanie w szkole.


Humanistyczne kształcenie jest bowiem u nas przeraźliwie historyczne – co dobrze widać po kształcie spisu lektur (zwłaszcza w szkołach ponadgimnazjalnych). Od pół wieku niewiele się tu zmieniło. Owszem – jedne lektury koniunkturalnie zostają “wrzucane” do zestawu obligatoryjnych pozycji, inne “wypadają” (częstokroć również koniunkturalnie) – ale sama idea polonistycznego kształcenia (mimo obecnej, a wciąż trwającej reformy!) – pozostaje w założeniach niezmienna. Takie kształcenie nie zachęca do czytania, często raczej zniechęca.


Niedawno miałem okazję rozmawiać z pewnym szanowanym profesorem macierzystego wydziału (starszym ode mnie o jakieś 20 lat), który z uśmiechem opowiadał mi, że gdy on był w liceum, to czytał “Nad Niemnem” z najwyższą niechęcią, przeskakując kolejne opisy przyrody i poruszając się od dialogu do dialogu (“byleby coś się działo, panie Jarosławie”). Ja też czytałem “Nad Niemnem” podobnie, a i moi uczniowie – dopóki lektura tej powieści w całości była obowiązkowa – także taką strategię kontaktu z tą książką przyjmowali.


Więc może tu – pies pogrzebany? Może trzeba zmienić całkowicie “filozofię” kontaktu nastolatków z polską (i światową) literaturą i zwyczajnie darować sobie te wszystkie “Dziady”, “Ludzi bezdomnych”, “Przedwiośnia” itd. jako książki kompletnie dziś nieczytelne, “niekompatybilne” z doświadczeniem życiowym, staroświeckie i nietłumaczące dzisiejszego świata? Może trzeba prawdziwej rewolucji w opracowaniu kanonu lektur tak, by stał się on zaproszeniem i zachętą do uczestniczenia w więdnącej inaczej kulturze druku?


A może odwrotnie? Może to Roman Giertych miał rację? Won z Gombrowiczem itd., a jeszcze więcej Sienkiewicza i rozmaitej innej literatury umoralniającej, konserwatywnej formalnie i ideowo – by wykuwać zdrowe postawy wśród polskiej młodzieży na przekór światu upadających wartości?

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 22-03-2009  |   komentarze: (20)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl