Szukaj

Południk 21 - trailer

Czy reporterowi wolno zmyślać?

 
 Nad polskim reportażem, szczycącym się wielką renomą w kraju i na świecie, zawisły w ostatnim czasie ciemne chmury.

Artur Domosławski w swej książce z 2010 roku pod tytułem „Kapuściński non-fiction”, będącej czymś na kształt biografii słynnego autora, połączonej z interpretacjami licznych jego dzieł, wytknął pisarzowi – w miarę udokumentowane – liczne nieścisłości i luźne traktowanie faktografii, która przecież pozostaje fundamentalnym tworzywem każdego reportera. Domosławski wykazał, że w najbardziej znanych i najbardziej docenianych tekstach – jak „Cesarz” czy „Szahinszach”- Kapuściński popuszczał wodze fantazji, kompilował rozmaite materiały dokumentacyjne – jednym słowem nadużył zaufania czytelników, gdyż podejmowane przezeń zabiegi literackie górowały nad prezentacją faktów. Książka Domosławskiego spotkała się z bardzo żywym przyjęciem, a publiczność czytająca wyraźnie się spolaryzowała: jedni byli skłonni bronić warsztatu Kapuścińskiego mimo wszystko, inni byli skłonni dać wiarę krytycznym rozpoznaniom przekornego biografa.

Inny „skandal” przyniosła niedawno dokumentacyjna książka Jacka Hugo Badera o tragicznej wyprawie polskich himalaistów na szczyt Broad Peak pod tytułem „Długi film o miłości”. Uczestnicy wyprawy po ciała dwóch himalaistów, którzy zginęli w zimowej wspinaczce, zarzucili autorowi dokonanie przekłamań w swym reportażu – jak również brak uszanowania wrażliwości rodzin himalaistów, którzy zginęli - a także „turystyczne” zachowania podczas wyprawy ratunkowej.
Więcej – zarzuty dotyczyły też ocierającego się o plagiat wykorzystania w książce relacji prasowych innych uczestników ekspedycji.

Ongiś Melchior Wańkowicz, nestor polskich dziennikarzy i reporterów XX wieku , w swej kanonicznej monografii reportażu pod tytułem „Karafka La Fontaine’a”, podawał wiele zaleceń i przepisów jak należy tworzyć dobry tekst reporterski i jakim warsztatem należy się posługiwać. Wańkowicz twierdzi, między innymi, że reporterowi wolno jest dokonywać kompozycyjnych zabiegów nad zebranym materiałem, jeśli tylko zabiegi te nie fałszowałyby rzeczywistego kształtu zdarzeń oraz nie wypaczały portretu rzeczywistości. Innymi słowy – według autora „Ziela na kraterze” – reporter może na przykład skompilować wypowiedzi kilku swych interlokutorów w jedną tekstową postać, bo to nadaje artykułowi dynamizmu i spójności. Natomiast nie może „wymyślać” zdarzeń czy też tworzyć z głowy owych wypowiedzi. Zadanie reportera ogranicza zatem obróbka faktografii – gdy jego inwencja wykroczy poza nią – nie można już mówić o reportażu, lecz raczej o czystej literaturze.

Reporterowi więc nie wolno kłamać, to znaczy zmyślać. Ale też rola współczesnego reportera zmieniła się stosunku do zadań, jakie patronowały jego XVIII czy XIX -wiecznym przedstawicielom. Od reportera doby sprzedmedialnej, z czasów, gdy nie istniał obieg globalnej informacji roznoszonej przez elektroniczne media, oczekiwano zobiektywizowanej i stonowanej w komentarzach informacji. Taki reporter grał rolę porównywalną do dzisiejszych telewizji informacyjnych czy cogodzinnych serwisów radiowych. W tym sensie informacje dla Polskiej Agencji Prasowej, reportaże i notki radiowe Ryszarda Kapuścińskiego stanowiły dla obywatela PRL-u swoiste okno na świat. Toczy się oczywiście dyskusja, skądinąd również sprowokowana przez książkę Domosławskiego, na ile przekazy autora „Hebanu” z tamtych czasów skażone były propagandą ideologiczną właściwą dla ówczesnej doby – ale to już zupełnie inna sprawa.

Jednak najwybitniejsze dzieła Ryszarda Kapuścińskiego – „Szahinszach”, ale zwłaszcza „Cesarz” to książki imitujące tak naprawdę tzw. literaturę faktu, gdyż bardziej stanowią przejaw literatury (więc imaginacji autorskiej) niż przedstawiania rzeczywistości. Przecież „Cesarz” to nie w rzeczywistości portret funkcjonowania dworu cesarza Hajle Selasje w Etiopii, ile raczej metaforyczny i uniwersalny fresk, ilustrujący model funkcjonowania politycznego systemu autokratycznego – i nie ma się co dziwić, że bywał on także w swoim czasie odczytywany jako zawoalowany portret komunistycznych rządów Edwarda Gierka w latach 70 –ych w PRL-u czy wręcz, w ogólniejszym znaczeniu, komunistycznych satrapii w drugiej połowie XX wieku.

Dawny reporter był kimś, kto relacjonuje, jak dajmy na to słynny i uwielbiany przez Wańkowicza Egon Erwin Kisch. Dzisiejszy reporter to raczej ktoś, kto fakty przetwarza. I jego dzieło staje się często coraz bardziej literaturą, tak jak właśnie w przypadku licznych tekstów Ryszarda Kapuścińskiego

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-02-2016  |   komentarze: (0)

Czterdzieści i cztery

 

W scenie piątej „III cz. Dziadów” Adama Mickiewicza, zwanej „Widzeniem księdza Piotra”, zarysowana zostaje przez Wieszcza idea odrodzenia Polski po zaborach. To właśnie ta scena, w której poeta pisze o Polsce, jako o „Chrystusie narodów”. Opis jest oczywiście metaforyczny – utrata niepodległości wpisana zostaje w wizerunek Golgoty oraz mękę Zbawiciela – podobnie jak Jego, tak i naszą ojczyznę – czeka z czasem zmartwychwstanie. Ono zaś przyjdzie wraz z pojawieniem się tajemniczego „czterdzieści i cztery” – jak to ujął pisarz – „wskrzesiciela narodu”. Rzecz w tym, że nikt nie wiedział , o kogo czy o co chodzi.

Mickiewicz, pytany przez zaaferowanych czytelników, zwykł – podobno - odpowiadać: „Kiedym pisał – wiedziałem; a teraz już nie wiem”. Ciekawa i sprytna to odpowiedź: jest albo świadectwem romantycznej wiary w duchową iluminację artysty; albo też rodzajem uniku – w rodzaju: a odczepcie wy się wszyscy ode mnie…

Teksty próbujące interpretować tajemnicze słowa Mickiewicza to prawdziwe Archiwum X polskiej literatury. Istnieją, jak dotąd dwie główne teorie próbujące rozszyfrować tajemnicze znaczenia owych „czterdziestu i czterech”, ale jest oczywiście jeszcze wiele innych – bardziej lub mniej niepoważnych. Z tych ostatnich na przykład: że przed pałacem cesarskim w Pekinie stoją czterdzieści cztery lwy, więc że wyzwolenie Polski łączy się jakoś tam z ekspansją Chińczyków na Europę… W PRL -u władza lansowała tezę mówiąca o tym, że chodzi o rok 1944, kiedy Armia Czerwona wyzwoliła Polskę od nazistowskiej okupacji, przynosząc wreszcie prawdziwą – polityczną i społeczną - wolność związaną z przemianami ustrojowymi (tak to opisał pułkownik Zbigniew Załuski w książce „Czterdziesty czwarty”).

Natomiast Melchior Wańkowicz wspomina, że w XX – leciu międzywojennym odbył wielogodzinną rozmowę ze słynnym generałem Wieniawą – Długoszowskim, który przekonywał go, iż niezbicie idzie o Józefa Piłsudskiego jako owego mitycznego „czterdzieści i cztery”. Na uwagi pisarza i reportera, że koncepcję tę cechują liczne nieścisłości i przekłamania w stosunku do Marszałka, generał miał się zacukać i ostatecznie wycedzić pod adresem Wieszcza z kresowym akcentem: „No cóż – poeta; musiał coś tam popieprzyć…”

Co do poważniejszych teorii: pierwsza każe owo „czterdzieści i cztery” czytać jako odpowiednik zapisu w języku hebrajskim (Mickiewicz – w końcu wykształcony filolog klasyczny, miał podstawową orientację w tym języku, przecież Starotestamentowym), który nie uznaje samogłosek w zapisie graficznym oraz nie dysponuje autonomicznymi liczebnikami. Głoski mają tam wartość liczbową, więc każda cyfra daje się odczytać jako wyraz i odwrotnie. Suma „44” da się więc odczytać jako spółgłoskowy zapis „d” i „m”; a jeśli dodamy do tego najczęściej występującą samogłoskę „a” – to wynik jest jasny: „Adam”. Zatem – to sam Wieszcz zaszyfrował siebie jako owego symbolicznego wskrzesiciela narodu; to właśnie jego twórczość miała przynieść – z czasem – zmartwychwstanie narodu. W tym sensie zapewne, że jej lektura miałaby doprowadzić do działań czy aktów w sferze praktycznej, owocujących przywróceniem niepodległości.

Druga z poważniejszych interpretacyjnych teorii powiada, że nie idzie o sumę – czyli „44” – tylko o niesumująca się koniunkcję: „40 i 4”. „Czterdzieści” miałoby wtedy wartość doraźną – odsyłałoby do konkretu, do rzeczywistości, do rachunku. Byłoby zatem znakiem rzeczywistego świata historycznego, w którym zachodzą konkretne fakty i zdarzenia. „Cztery” – natomiast miałoby w sobie zaklętą wartość symboliczną, np. odnoszącą się do chrześcijańskiego kwadratu cnót (męstwa, sprawiedliwości, umiarkowania, roztropności), obecnego chociażby w „Bogurodzicy”.

„Czterdzieści i cztery” to więc ideogram kogoś, kto łączy w sobie doczesność, której znakiem jest historia i polityka (a świadectwem biblijnym śmierć 40 męczenników) z ponadczasowością zaznaczoną symbolicznie. Kogoś, kto jest tu i teraz , a jednocześnie ma wgląd w to, co było i będzie zawsze. Kogoś, kto pojmuje to, co skończone i to, co nieskończone. Jest więc ziemskim odpowiednikiem Alfy i Omegi. To znaczy – duchowym namiestnikiem Boga, który jest władcą historii. W tej wersji interpretacyjnej – Mickiewicz, jako Wieszcz narodu, który potrafi przewidzieć jego dalsze losy - także pasuje…

Ale może jest i tak, że słynne „czterdzieści i cztery” nic konkretnego nie znaczą!? Mickiewicz nie był wróżbitą – Nostradamusem czy Pytią – i zdawał sobie sprawę z własnych ograniczeń. Jego literacki symbol to zwyczajnie znak nadziei: kiedyś nadejdzie niepodległość, dziś zaszyfrowana jak „44” – i tej nadziei Polacy, ci na emigracji, cierpiący z powodu oddalenia od kraju, do jakiego nigdy nie przyjdzie im powrócić, a także ci w ojczyźnie, którzy muszą znosić represje zaborców, powinni się zwyczajnie trzymać.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 21-02-2016  |   komentarze: (2)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl