Szukaj

Południk 21 - trailer

Oryginał

 

Niedawno na jednym z internetowych portali przypomniano film z 2002 roku pod tytułem „Zawodowiec”. Jest to portret Marka Krukowskiego, człowieka, który zasłynął tym, że zarabia na utrzymanie siebie i rodziny grając w telewizyjnych teleturniejach.
Oczywiście idzie tu o teleturnieje „na wiedzę” – jak Wielka Gra czy Miliard w rozumie. Marek wygrał niektóre z nich wiele razy (Wielką Grę z piętnaście, a Miliard chyba czternaście). Każda wygrana to co najmniej niebagatelne kilkadziesiąt tysięcy złotych, ale wyjątkowym czyniło Mędrca to, że nigdzie indziej nie pracował. Owszem, gdzieś tam kiedyś próbował być copywrighterem w agencji reklamowej, ale szybko mu przeszło.
Marek był oryginałem już na studiach polonistycznych, które były jednym z jego dwóch uniwersyteckich kierunków (drugim, czy może raczej pierwszym: filozofia). Zresztą wcześniej był tzw. cudownym dzieckiem – starą maturę zdawał tylko z jednego przedmiotu, bo z reszty egzaminów był zwolniony jako finalista i laureat olimpiad.

Na studiach, gdy miałem okazje go poznać, odstawał od nas (na plus, rzecz jasna) erudycją o całą galaktykę. Ale studiował niespiesznie – był na tym samym roku, kiedy się spotkaliśmy, kilka już lat, a gdy ja zdałem na wyższy, to Marek nadal pozostał na tym samym. Takich „wiecznych studentów” było w tamtych czasach wielu, ale powody były prozaiczne. Koledzy uciekali w ten sposób przed wojskiem (bo absolwentów wyższych uczelni też brali w kamasze i to na dobry rok), brali urlopy dziekańskie, albo szli na chorobowe, żeby wyjechać na Zachód i sobie dorobić. Niektórzy zaś żyli sobie wiele lat ze studenckim statusem, bo było to po prostu wygodne życie. Jeden z takich znajomych zgłosił się do mnie kilka lat temu (czyli był już nieźle po czterdziestce) z anonsem, że właśnie podjął decyzję, by wreszcie studia skończyć, w związku z tym chciałby się do mnie zapisać na zajęcia (sic!).

Marek sprawiał zawsze wrażenie jakby nie zależało mu na czasie. Był też nieprawdopodobnie spokojny. Raz byłem świadkiem jego rozmowy z ówczesnym Prodziekanem d/s studenckich. Pomieszczenia Toku Studiów naszej warszawskiej Polonistyki mieściły się wtedy na najwyższej kondygnacji (właściwie na poddaszu) budynku przy Oboźnej 8 (siedzibie całego Dziekanatu). Warunki były spartańskie – pokoik, w którym załatwiało się sprawy z urzędniczką oddzielony był od równie małego pomieszczenia, gdzie rezydował Prodziekan, ledwie jakimś cherlawym drewnianym przepierzeniem – więc zero dyskrecji. Dialog Marka i profesora M. wyglądał mniej więcej tak:

- Panie Marku, no nie mogę, mimo szczerych chęci, zostawić Pana szósty raz na tym samym roku…
- Ja wiem, Panie Dziekanie, właściwie to ja przyszedłem do Pana trochę pro forma… Proszę mnie skreślić i ja zdam jeszcze raz…
- Panie Marku, znowu będzie Pan zaczynał od początku?
- Cóż zrobić, Panie Dziekanie, skoro inaczej nie można…
- A kto powiedział, że nie można? Ja Pana muszę skreślić, ale jeśli przyniesie mi Pan zaświadczenie, że był Pan zatrudniony co najmniej osiem miesięcy w przedsiębiorstwie gospodarki uspołecznionej, albo odbył zasadniczą służbę wojskową – do czego zresztą absolutnie Pana nie namawiam – to ja Pana natychmiast przywrócę w prawach studenta i będzie mógł Pan kontynuować naukę. Rozumie Pan? Z-a-ś-w-i-a-d-c-z-e-n-i-e!
- Rozumiem Panie Dziekanie.

No i po wakacjach znów spotkałem Marka na korytarzach Wydziału.

Ale do czego zmierzam? Już wtedy, jedenaście lat temu, Marek narzekał w filmie, że ma kłopoty, bo, może z wyjątkiem Wielkiej Gry nie chcą go za bardzo widywać w teleturniejach, bo się opatrzył publiczności. W Milionerach w ogóle nie wystąpił, bo organizatorzy zawarli w regulaminie klauzulę twierdzącą, że zwycięzcy innych tego typu zawodów nie mogą brać udziału w ich przedsięwzięciu. Cóż, komercyjna telewizja, ich prawo. Marek cierpko kwituje to w filmie: „Mam wrażenie, że w komercyjnych telewizjach nie zależy im na takich, co mogą cokolwiek wygrać.”

I jeszcze gdzieś mówi, że jego zdaniem w dzisiejszym świecie wiedza encyklopedyczna, erudycja przestają mieć wartość.

No właśnie. I tymczasem zniknęły teleturnieje „na wiedzę”, nawet Wielką Grę publiczna TV pogrzebała w imię rozrywki. Obecnie w teleturniejach śpiewa się, tańczy, robi fikołki lub idiotę z siebie samego.

Więc bardzo mnie interesuje: co robi dziś Marek Krukowski, skoro nie ma już możliwości zarabiania w ulubiony sposób i życia tak, jak chciał?

PS. IQ Marka Krukowskiego, jak dowiedziałem się z filmu, wynosi 167.


Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 15-02-2013  |   komentarze: (0)

Antycypacje

 
 Dla przypomnienia tym, którzy ewentualnie zapomnieli: termin „antycypacja” w literaturze (osobliwie w prozie lub w dramacie; rzecz jasna w didaskaliach) oznacza swoiste wyprzedzenie akcji, czyli informacje o tych zdarzeniach czy wypadkach, które mają nastąpić, ale o których bohater jeszcze nie wie. Na przykład: „Józef nie wiedział, że podjęta właśnie przez niego decyzja, zaowocuje brzemiennymi skutkami i zmieni jego życie nie do poznania.” W poezji pewnie zresztą też znaleźlibyśmy jakieś przykłady antycypacji (szukałbym ich przede wszystkim w wierszach Zbigniewa Herberta), ale poezję tymczasem zostawmy na boku.

Antycypacja w zwyczajnym życiu przybiera bardziej jednoznaczne kształty. Na przykład mojego przyjaciela Jerzego Sosnowskiego od zawsze niemal tytułowano „doktorem” czy „profesorem”, choć żaden z tych tytułów nie przysługuje mu formalnie, aczkolwiek ja osobiście uważam, że profesura należy mu się zupełnie naturalnie; w kraju, w którym procedury są mniej ważne od dorobku, Jerzy byłby od dawna znanym i szanowanym wykładowcą oraz autorytetem akademickim. Co nie znaczy, że – bez akademickich rang – nie jest on i tak autorytetem dla wielu.

Mnie, jeszcze jako magistra filologii polskiej, tytułowano -  in spe – doktorem; była to dla mnie miła perspektywa, poniekąd zaś zobowiązanie, by  wreszcie tym doktorem – sensu stricte – zostać.

A teraz, gdy już od jakiegoś czasu tym całym doktorem jestem, czytam listy i pisma skierowane do mnie, w których wciąż tytułuje się mnie profesorem.

Dobra, dzięki za miłe intencje i wyprzedzenie – mam nadzieję – spełnień w rzeczywistości.

Tymczasem Wiesław Kot pisze w internetowej recenzji mojej książki „Opcje na śmierć”, że tyle już czasu minęło, a Klejnocki wciąż doktorem. I powiada, że on „ma tak samo”. I czy nie uwiera mnie to?

Otóż nie, panie Kocie, nie uwiera. Mnie nie wywalono z kilku tzw. tygodników opinii za, mówmy eufemistycznie, brak dyscypliny pracy. Nie jestem pośmiewiskiem mediów, w przeciwieństwie do pana, i nie muszę sobie dorabiać, publikując recenzje (zresztą niedobre, bo niemerytoryczne) w internecie.

Zrób Pan wreszcie profesurę, skoro jesteś Pan tak zdolny, Panie Kocie – i wtedy pogadamy. No i napisz Pan może jakąś książkę, co to ją ktoś wreszcie przeczyta, poza znajomymi i kręgiem rodzinnym, pewnie też lekko przymuszonym, co? 

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 10-02-2013  |   komentarze: (1)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl