Dwie śmierci

O Witoldzie Zalewskim mało kto pewnie pamięta. Ten żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, po wojnie wrósł w nowe uwarunkowania polityczne i z czasem stał się jednym z wiodących socrealistów. To spod jego ręki wyszła chyba najbardziej znana (przynajmniej z tytułu!) powieść czasów stalinowskich: “Traktory zdobędą wiosnę”. Przywoływana, incydentalnie, stała się niejako ikoną literatury czasów realizmu socjalistycznego. Za to niegdysiejsze zaangażowanie Zalewski zapłacił później cenę społecznej niepamięci (bo raczej nie napiętnowania) i egzystencji na marginesie zainteresowania krytyki literackiej. Dopóki istniał jeszcze PRL, czasami pisano o nim i o jego kolejnych powieściach w reżimowych i koncesjonowanych przez reżim pismach, zazwyczaj fachowych (“Literatura”, “Miesięcznik Literacki” itp.). Kiedy PRL przeminął, pisarz popadł w niemal totalne zapomnienie...


“Traktory zdobędą wiosnę” to rzeczywiście okropna książka, jakby wzorcowa matryca prozy publicystycznej i propagandowej. W podręczniku dla szkół ponadgimnazjalnych, którego jestem współautorem, nie wahaliśmy się zamieścić fragmentów tej powieści dla zilustrowania cech charakterystycznych i dystynktywnych prozy tamtego czasu.


Ale przecież, wypada o tym wspomnieć dla porządku i ścisłości, Zalewski wyzwolił się z niewoli socrealizmu z fasonem. Chociaż czy jego późniejsze powieści rzeczywiście... no właśnie – dają asumpt do stwierdzenia, że artysta wstąpił na drogę rzetelnej i ciekawej ekspresji twórczej czy raczej są świadectwem swoistej pokuty, gdyby tylko bazować na opiniach krytyki literackiej?


Zalewski nigdy nie był ulubieńcem publiczności i nigdy nie zyskał statusu pisarza popularnego. Tworzył i wydawał aż do późnych lat osiemdziesiątych, ale jego dzieło nie stało się przedmiotem nadmiernej uwagi elit krytycznych, a już zwyczajnych czytelników na pewno. Nie był autorem żadnego bestsellera, po 1989 roku nie odebrał żadnej powszechnie rozpoznawanej nagrody literackiej (wcześniej zresztą też – to raczej władza honorowała go branżowymi laurami, które zapewne przynosiły i wymierne profity, i środowiskowy splendor, ale też pewnie nic więcej ponad to).


Rocznik 1921, był rówieśnikiem Kolumbów, jednak jego droga życiowa była inna. Przeżył wojnę i dołączył do “pryszczatych” (m.in. Tadeusz Konwicki, Andrzej Mandalian, Kazimierz Brandys). A później nie przyłączył się, jak wielu z nich, do opozycji politycznej w czasach dojrzałego PRL-u. Pozostał na uboczu i nie angażował się (przynajmniej oficjalnie – nie znam ewentualnych dokumentów, które znaleźć by można było w teczkach SB-ecji, jeśli takie istnieją). Pisał powieści, eseje i reportaże osadzone w historii – od powstań narodowych w XIX wieku (“Ostatni postój”) po czasy nam bliższe (“Widoki Żółtej Rzeki”). Jego proza lokuje się gdzieś pomiędzy konfesjami Konwickiego (choć bez ich natrętnego autobiografizmu ale też i bez tej charyzmy, co u autora “Sennika współczesnego”) oraz egzystencjalno – historiozoficznymi tekstami Iwaszkiewicza rozpatrującego osamotnienie i niemoc jednostki ludzkiej wrzuconej przez los w żarna polityki i młyny procesów historycznych.


Nie umiem powiedzieć, czy Zalewski w swej postsocrealistycznej twórczości był pisarzem wybitnym - na pewno pozostał pisarzem na swój sposób ciekawym. Jego proza popaździernikowa mocno zdystansowała się wobec opisywanej rzeczywistości: nie przynosiła jawnych, aluzyjnych diagnoz i nie dawała się łatwo wpisać w bieżące uwikłania naszych polskich dziejów. A sam autor nie zdeklarował się (chyba?) jasno, wybierając coś w rodzaju splendid isolation, do czego każdy twórca zresztą ma prawo. Jego liczni rówieśnicy, przeciwnie – podpisywali protesty, działali, odmawiali publikacji w oficjalnym PRL- owskim obiegu literackim i tworzyli dla niezależnych wydawnictw lub, po prostu, milczeli. On milczał (ale to jednak wtenczas było formą zgody na rzeczywistość), pisząc rzeczy – no tak – apolityczne; ale wszak bardzo artystycznie przyzwoite.


W pisarstwie Zalewskiego dostrzegam świadectwo rzetelności - to co najmniej. W innych czasach i w innych okolicznościach taki twórca miałby z pewnością swoje miejsce w artystycznym panteonie. Nawet jeśli nie byłby obecny ze swymi dziełami w lekturach szkolnych (a i tak nie jest), to z pewnością zajęliby się nim akademicy. A o tym też dość głucho. Tak oto ciekawy realista, lubiący psychologizowanie, zdolny portrecista świata odchodzi w totalną, chyba, niepamięć.


Prasowe klepsydry właśnie doniosły, że autor “Broni” oraz wieloletni kierownik literacki filmowego zespołu “Tor”, w którym powstało wiele nadzwyczaj intrygujących filmów, zmarł. Nie poinformował o tym fakcie bezpośrednio ani “Dziennik”, ani “Gazeta Wyborcza”, nie słyszałem newsa w telewizjach (TVN i Polsat. Tzw. publicznej telewizji staram się nie oglądać).


Kilka dni później (10.02) odszedł Jan Błoński, legendarny krytyk i badacz literatury. Postać znana i uznana, zapewne ostatni z “książąt krytyki literackiej”, takich jak Jerzy Kwiatkowski, Artur Sandauer czy Andrzej Kijowski. Ich teksty czytano i liczono się z nimi. Mieli wymierny wpływ na kształtowanie się życia kulturalnego, a ich werdykty potrafiły często zniweczyć, bądź dać kopa niejednej karierze literackiej.


Naukowe zasługi Jana Błońskiego pozostają poza jakimkolwiek kwestionowaniem, działalność krytyczna, zwłaszcza ta późna... No cóż, “Odmarsz” czy “Zmiana warty” to oczywiście klasyka. Ale trzeba też pamiętać, że w ostatnich latach, dopóki Jan Błoński nie wycofał się z czynnego życia zawodowego wskutek postępującej choroby (plotki o Alzheimerze krążyły oczywiście swobodnie w środowisku, pierwszym – bodajże – który zechciał o tym napisać otwartym tekstem, nazywając rzecz po imieniu, był – chyba? - Stefan Chwin w “Dzienniku dla dorosłych”), szefował jury dwóch najbardziej wówczas prestiżowych nagród literackich (im. Kościelskich i NIKE). A właśnie ten okres (lata 90.) przyniósł dość powszechną krytykę werdyktów owych gremiów. Sam pamiętam zaskoczenie, gdy Profesor tłumaczył przyznanie NIKE słabiutkiemu “Pieskowi przydrożnemu” argumentem, że Czesław Miłosz nie otrzymał do tej pory żadnej ważnej krajowej nagrody literackiej, więc... “należy mu się” (sic!).


Ale to oczywiście drobnostki, po latach nikt nie będzie dzielił włosa na czworo i wyciągał na jaw tego czy innego “obsuwu” krytycznoliterackiego. Jan Błoński już za życia był pomnikiem. Teraz to się tylko ugruntuje. I słusznie.


Wiadomości o śmierci Profesora pojawiły się na portalach internetowych (Onet otworzył nawet księgę kondolencyjną), telewizja (przynajmniej TVN) sprawę oczywiście zlekceważyła. Dopiero późnym wieczorem TVN24 umieściła tę wiadomość na pasku, ale pewnie dlatego, że doszły do telewizyjnych dziewcząt i chłopców okładki gazet, które miały się ukazać następnego dnia, a są omawiane na antenie po godzinie 23.


Cóż, takie sytuacje przewidział już lata temu Czesław Miłosz, pisząc sarkastycznie w poemacie “Oskarżyciel”, że jego nazwisko pojawi się w encyklopediach gdzieś między tuzinem Millerów i Mickey Mouse...

 

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 12-02-2009  |   komentarze: (5)

W poszukiwaniu tematu...

Różne sprawy literackie zaprzątały moją uwagę ostatnio i myślałem nawet czy aby nie uczynić z nich tematu kolejnej blogowej notatki.


Po pierwsze zaciekawił mnie przypadek Eustachego Rylskiego. Po lekturze jego esejów o pisarzach i książkach (“Po śniadaniu”) doszedłem bowiem do wniosku, że twórca ten stanowi dość rzadki przypadek pisarza ciekawszego od swoich utworów. Bo to, co mówi Rylski – czytelnik, intelektualista, interpretator wreszcie cudzych zmagań ze sztuką pisania wydaje się o niebo bardziej interesujące od prozy oryginalnej autora “Stankiewicza”. Bo Rylski – epik to w istocie spadkobierca Sienkiewicza, z jego przewagą akcji nad problematyką, pisarz staroświecki w ewidentnie XIX - wiecznym stylu, ale posługujący się zarówno językiem, jak i rozmaitymi chwytami na tyle nowocześnie, że za staroświeckiego nie uchodzi. Co więcej – sam Rylski ma głęboką świadomość własnych dokonań i własnych ograniczeń – co manifestuje w rozmaitych wywiadach, nazywając się raczej “autorem” niż “pisarzem”.


Pamiętam jego słynny swego czasu debiut – “Stankiewicz. Powrót” – gdzieś w latach osiemdziesiątych. Był małą sensacją, ale teraz widzę, że to raczej funkcja kontekstów niż rzeczywistej jakości tego pisarstwa. Bo wówczas w prozie polskiej panował niezły marazm, królowały straszne, kobylaste powieści spod znaku “stajni Berezy”, o których ktoś kiedyś błyskotliwie powiedział, że (parafrazuję) są to wszystko bardzo wybitne powieści, których się absolutnie nie da czytać. A tu nagle przychodzi znikąd realista, który krystalicznie przejrzystym językiem smaży prozę historyczno – obyczajowo – refleksyjną i w dodatku poddaje w niej rewizji polskie mitomaństwo romantyczne (Maria Janion pewnie dopiero myślała wtedy o zjawisku, które później, u wrót lat 90. nazwie “odejściem paradygmatu romantycznego”). To wtenczas okazało się bardzo ożywcze, ale też, hm, jednorazowe. Po debiucie Rylski zrobił sobie niemal dwudziestoletnią przerwę – choć pisywał zdaje się incydentalnie jakieś teksty dramatyczne, głównie dla telewizyjnego teatru – i przerwa ta nie wyszła mu na dobre. Pomyślałem w końcu, że po co męczyć twórcę, który jest na tyle inteligentny, że ma zdrowy dystans do swoich utworów.


Po drugie obmyślałem reakcję na zupełnie kuriozalną recenzję najnowszego tomu wierszy Wisławy Szymborskiej (“Tutaj”) pióra Magdaleny Miecznickiej (“Dziennik”, nr 22), ale szczęśliwie ubiegł mnie w dodatku “Kultura” do tej gazety (z 6.02.09) Jerzy Pilch w swoim mistrzowskim, jak zazwyczaj, felietonie. Dalej pastwić się nad nieszczęsną krytyczką nie ma więc już sensu. Dostała za swoje, może więc podda swe recenzenckie praktyki jakiemuś obrachunkowi? Choć nie liczyłbym na zbyt wiele, z tekstów prezentuje się bowiem jako osoba na tyle pewna i przekonana o własnej wyjątkowości – by nie powiedzieć, zadufana – że chyba nie należy liczyć na zbyt wiele.


Przez moment zastanawiałem się także nad podjęciem problematyki plagiatu – zainspirowany dyskusją prasową wokół książki dwóch dziennikarzy “Gazety Wyborczej”, którzy najwyraźniej zerżnęli ordynarnie, pisząc swoje dzieło, z pracy pewnej żydowskiej profesorki (chodzi o opracowanie opisujące aspekty działalności słynnych za okupacji braci Bielskich, którą rozsławił hollywoodzki film “Opór” z Danielem Craigiem). Ale klepie tę kwestię “Dziennik” już chyba trzeci czy czwarty dzień, jawnie zadowolony, że znowu za coś może przyłożyć “Wyborczej”.


Po czwarte – chciałem “pociągnąć” dalej kwestie życiowych uwikłań (głównie politycznych) Jarosława Iwaszkiewicza, które pojawiły się już w poprzednim wpisie i spotkały się z nadzwyczaj żywym odzewem czytelników (wszystkim Państwu dziękuję niniejszym za komentarze!), ale pomyślałem, że może warto zaczekać do ukazania się w tym roku kolejnego tomu “Dzienników” autora “Tataraku”.


A w końcu, lekko zdesperowany, zacząłem czytać – z wielkim zainteresowaniem – wywiad z Agnieszką Kucińską, sekretarzem (bo przecież nie “sekretarką”?) Czesława Miłosza (“Rzecz o książkach” 7-8.02.09). Opowieść Kucińskiej o jej relacjach z noblistą – subtelna, na swój sposób dyskrecjonalna, elegancka. Do czasu. Wreszcie pada pytanie (Mariusz Solecki, prowadzący rozmowę): “Proszę opisać ostatnie chwile Czesława Miłosza. Być może była to lekcja umierania, a może nawet ars bene moriendi?”. Patrzę dalej, Kuchcińska, zamiast na takie dictum pogonić dziennikarza gdzie pieprz rośnie – udziela długiej odpowiedzi. No nie, jednak nie. Jakkolwiek – zapewne – była to odpowiedź równie stonowana i elegancka, co pierwsza część rozmowy, kompletnie nie miałem ochoty dowiedzieć się, jak Czesław Miłosz umierał. Nawet jeśli moglibyśmy tu mówić o ars bene moriendi. I nie doczytałem wywiadu.


W ten sposób, na wzór powieści o niemożności napisania powieści, napisałem tekścik o niemożności napisania tekściku na blog.


Wszystkiego dobrego Państwu życzę.

 

 

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 10-02-2009  |   komentarze: (8)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl