Szukaj

Południk 21 - trailer

Papiery pośmiertne

 

...oraz kilka jeszcze słów o Mirosławie Nahaczu i jego ostatniej książce. Ale wpierw przedstawmy problem.


Kiedy umiera pisarz, zaczyna się zazwyczaj mrówcza praca jego sekretarzy, spadkobierców, badaczy itd., by uporządkować to, co zostało po nim “w szufladach”. Są to działania tyleż – z jednej strony – naturalne, co jednak budzące pewne wątpliwości.


Weźmy przykład Zbigniewa Herberta. Autor nie żyje już od z górą 10 lat, a wciąż ukazują się kolejne wydania jego – głównie eseistycznych i epistolarnych – tekstów, odnalezionych w osobistych archiwach oraz pozbieranych po róznych, często niszowych czasopismach. Kto pamięta, kim był Herbert, jaka była jego pozycja w literaturze PRL-owskiej i jak pisarz ten funkcjonował – nie będzie znów tym faktem zanadto zdziwiony. Produkcja książki w PRL-u była długa i mozolna. Redakcje wydawnictw działały asekuracyjnie, ponadto trzeba jeszcze mieć świadomość roli cenzury, która aż do jej likwidacji w 1990 roku miała istotny (a często dominujący) wpływ na politykę wydawniczą.


Herbert, jak to widać z dzisiejszej perspektywy, dbał głównie o swoje wiersze i co miał opublikować, to opublikował za życia. W szufladach pozostawił głównie eseje oraz inne eseistyczno – prozatorskie drobiazgi, które, wskutek rozmaitych obstrukcji, a pewnie też i działań samego autora, nie ujrzały w kształcie książkowym światła dziennego za jego życia. Teraz te teksty – dzięki starannym zabiegom wydawców – ukazują się sukcesywnie. I dobrze.


Ale oto inny przykład – Czesław Miłosz. Wiadomo powszechnie, że Noblista, pod koniec życia mający poważne kłopoty ze wzrokiem i słuchem, dyktował teksty poetyckie, ale też często w szczątkowej jedynie postaci, które jego sekretarz, pani Kosińska, zapisywała – no właśnie, jak? Na komputerze czy ręcznie? Po śmierci Miłosza zebrało się uczone “konsylium” (w tym profesorzy od literatury) i tym ostatnim wierszom oraz poetyckim skrawkom – w toku dyskusji, jak rozumiem – nadało ostateczny kształt. Wiersze ukazały się – ale... Wypada zadać pytanie, na ile są to w istocie wiersze Czesława Miłosza (jego udział, w ich finalnym kształcie, jest, co tu kryć, dość ograniczony)? Nie mamy tu wszak do czynienia z dość naturalną, jak w przypadku Herberta, pracą edytorską jedynie, mamy do czynienia natomiast z czymś, co nazwać by można działaniami rekonstrukcyjnymi (a może nawet – przy założeniu zresztą najlepszej woli członków “konsylium” – konstrukcyjnymi).


“Niezwykłe przygody Roberta Robura” – ostatnia książka Mirosława Nahacza – ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka bez nadmiernych, jak przedstawiciel wydawnictwa sam zaznacza w notce edytorskiej, ingerencji wydawniczych.


Nie jest to tak zła powieść, jak można by wywnioskować z lektury rozmaitych prasowych recenzji. Owszem, jest nieco przegadana, owszem praca rzetelnego redaktora, partnera pisarza, z pewnością pomogłaby jej w znacznym stopniu. Ale też nie demonizujmy. Nahacz nie popadł w bełkot, a jego ostatnia książka ma wyrazisty plan konstrukcyjny. Trzyma się też konceptów, które najwyraźniej patronowały założycielskiej intencji autorskiej. To w końcu antyutopia, napisana w duchu wizyjno – groteskowym. Jej zamierzenia przypominają trochę projekt “Nietoty” Tadeusza Micińskiego: opowieści idącej wzdłuż i na przekór jednocześnie konwencjom, powieści totalnej, która jest i narracją, i intelektualną refleksją równocześnie – z licznymi odniesieniami kontekstualnymi. Nahacz był świadomy tego, co pisze – to widać. Gra stylistykami, oscyluje między biegunami formuł epickich, “linkuje” opowieść a to z cyber – punkiem, a to znów z Pynchonem (którego skądinąd wielbił). W porównaniu z jego poprzednimi powieściami – jest to gwałtowny, jakościowy, intelektualny i – mimo wszystko- formalny, skok. Być może zresztą dlatego odkrywcy talentu autora z Gładyszowa – Wydawnictwo Czarne – nie podjęli się edycji tej książki. Tak bardzo różni się ona od poprzednich dokonań pisarza. Jest jeszcze jeden aspekt – ekonomiczny. Trzeba pamiętać, że Czarne to wydawnictwo rodzinne, o niewielkich jednak możliwościach rynkowych (w porównaniu do potentatów). A “Niezwykłe przygody Roberta Robura” to rzecz obszerna (ponad 500 stron) i – przyznajmy – raczej nierokująca komercyjnego sukcesu (teraz sprawa może wyglądać inaczej, bo cień śmierci autora może rzucić na zainteresowanie czytelnicze książką osobliwy blask. Wydawnictwo to wie i “sprzedaje” powieść w okładkach cokolwiek nekrologicznych, dołączając na skrzydełkach pośmiertne pożegnania Nahacza pióra rozmaitych jego przyjaciół).


Czy “NPRR” należało wydać? Moim zdaniem, po pewnym wahaniu, raczej tak. I może nawet dobrze, że nie grzebano zanadto w tej książce redakcyjnie. Co budzi tu pewien opór – to raczej “background” edytorski (okładka, kolportowana fama, coś, co można nazwać budowaniem na siłę legendy – patrz tekścik “Od wydawcy”). Ale takie są prawa rynku, odpowie realista (zwany często cynikiem).


Sam siedzę teraz nad papierami pośmiertnymi Agnieszki Osieckiej. To fascynująca rzecz dla badacza. Ale ludzki wymiar takiej działalności – budzi moje własne wątpliwości.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 24-02-2009  |   komentarze: (32)

Przepis na legendę

W Magazynie “Dziennika” (14-15.02) felieton Jakuba Żulczyka “Legenda, której nie było”. Młody prozaik zajmuje się w nim fenomenem legendy literackiej w Polsce i przywołuje samobójczą śmierć obiecującego pisarza Mirosława Nahacza, zmarłego tragicznie latem 2007 roku w wieku dwudziestu trzech lat.


Posłuchajmy: “Tak jak świat ma Jima Morrisona i Iana Curtisa, tak polska kultura też ma swe straceńcze legendy, z tym że u nas monopol ma na nie głównie literatura. (...) Jednak dlaczego pamiętamy Stachurę i Wojaczka, tym bardziej, że byli poetami? Czy ich tragiczne historie są aż tak elektryzujące? Może chodzi o ponadczasowość ich tekstów? Wydaje się, że nie; pamiętamy ich dlatego, że Polacy, za komunizmu pozbawieni kultury rzeczywiście masowej, z braku laku absorbowali kulturę lepszą lub gorszą, ale wysoką. (...) Teraz jest inaczej. Społeczeństwo się zmieniło: to społeczeństwo, w którym wydarzeniem sezonu jest związek starzejącej się aktorki z młodym, jurnym tancerzem, zaś tragiczna śmierć jednego z najzdolniejszych młodych pisarzy przechodzi – poza dwoma okolicznościowymi reportażami – praktycznie bez echa.”


Żeby nie było niedomówień: uważam, że Mirosław Nahacz był naprawdę uzdolnionym pisarzem. Recenzowałem jego debiut (“Osiemdziesiąt cztery”), natomiast drugą książką (“Bombel”) byłem już prawdziwie “trafiony”. Cóż za genialny słuch literacki, cóż za umiejętność sportretowania pokiereszowanej, prowincjonalnej i prostackiej mentalności – pełnej uprzedzeń, resentymentów, stereotypów itd.! Po “Bomblu” Nahacz wydał mi się nawet bardziej obiecującym autorem od Doroty Masłowskiej, bo – poniekąd – grali w jednej drużynie. Więc to, co napiszę dalej nie wynika ani z chęci pomniejszenia talentu MN, ani tym bardziej ze złych intencji sarkastycznego komentatora.


I jeszcze jedno zastrzeżenie – rozumiem emocje targające Jakubem Żulczykiem. Znał MN, kolegowali się – lub nawet przyjaźnili – przeżył więc samobójczą śmierć artysty intensywnie. Ta rana pewnie jeszcze niezaleczona... Te wszystkie wypadki takie absurdalne... Ja też kiedyś przeżyłem dwie śmierci moich (nieomalże) rówieśników i znajomych/przyjaciół. Obie totalnie nonsensowne... Więc staram się o empatię.


Ale Żulczyk w swym felietonie nie tyle czci pamięć autora “Osiem cztery”, co przy okazji formułuje pewne (gniewne) diagnozy o charakterze ogólniejszym. I tu sobie zatem popolemizujemy.


Zazdroszczę autorowi “Radia Armaggedon” pewności, z jaką formułuje swe tezy. To przykład sporej śmiałości, zwłaszcza, że obudowę tych rozpoznań stanowi dość uproszczona socjologia literatury. Streśćmy: dlaczego pisarze niegdyś (za komuny) mogli liczyć na to, że ich życie – byleby tylko nieco bardziej kolorowe lub/i dramatyczne od życia pospolitego zjadacza chleba - stanie się (jeśli tylko jeszcze dojdzie do tego wszystkiego samobójcza lub/i równie niekonwencjonalna śmierć) źródłem literackiej legendy, owionie je oddech straceńczego mitu artysty pozostającego poza wulgarnymi przejawami tego świata? Bo – odpowiada na to pytanie Żulczyk – nie mieliśmy kultury masowej, z jej idolami (ja dopowiem: aktorami z prawdziwej kinematografii, piosenkarzami z autentycznego ruchu muzycznego, showmanami z nielicencjonowanej przez władzę rozrywki). Naród zatem – z braku laku, jak to formułuje autor felietonu – szukał surogatów w kulturze wysokiej, a tam właśnie już czekali pisarze, osobliwie poeci – co zresztą Żulczyka dziwi – ze swymi pokiereszowanymi życiorysami, którzy, powtórzmy – z braku laku, jakoś tam się na quasi – straceńcze legendy nadawali...


Po pierwsze – doprawdy nie wiem, czemu Żulczyk dziwi się, że to poeci stawali się zazwyczaj w naszej kulturze postaciami legendarnymi? A niby kto miałby się stawać? Prozaicy ze “stajni Berezy”, nudni jak flaki z olejem? Byli socrealiści, którzy – przejrzawszy na oczy – budowali obóz opozycji wobec władz PRL? Rozmaici działacze coś tam skrobiący w swoich kajetach i publikujący przez nikogo nieczytane książki? A z rozrywki: reżyserzy i aktorzy utrzymywani z budżetu autokratycznego państwa, nawet jeśli pozwalali sobie na gesty krytyki wobec niego i silili się na quasi - niezależność? Artyści rockowi, których (tu racja) – jak twierdzi Żulczyk – było w Polsce co kot napłakał? Ale nawet przywoływany przez felietonistę Czesław Niemen – jako przykład idola – nie był artystą undergroundowym i bez względu na jego szlachetne intencje oraz naiwność (o których wciąż słyszę i czytam obecnie, pięć lat po jego śmierci) uchodził za twórcę poniekąd dworskiego (uświetnił występem np. gigantyczną fetę z okazji XXXV lecia PRL, kiedy było już dość dobrze wiadomo, co to za państwo).


Panie Jakubie – proszę wybaczyć familiarność – polska literatura była zawsze poezjocentryczna i to właśnie losy tak lekceważonych przez pana wierszokletów budziły jakieś tam namiętności. Naród intuicyjnie wiedział, że tylko poeci odporni są w największym stopniu na pokusy karier sponsorowanych przez władzę i zdolni do życia prawdziwie niezależnego.


To dopiero teraz się u nas zmienia, choć na Zachodzie ten twist dominanty zaszedł już znacznie wcześniej. I nie o kwestię niezależności mi idzie, tylko o rangę artystycznej wypowiedzi. Pisał o tym Czesław Miłosz, dobre kilkadziesiąt lat temu w wierszu “Ars poetica?” – “Ale te walki, gdzie stawką jest życie, toczy się w prozie. Nie zawsze tak było.”


Natomiast dziś, tak, zgadzam się – poeci mało kogo obchodzą. Dziś TGV literatury – to prozaicy i tam można by obecnie szukać straceńców... A czy są kandydaci – to już inna sprawa.


Tyle że – to po drugie – powstanie legendy artystycznej nie jest chyba aż tak uzależnione od inwazji kultury masowej i jej wszechwładnego panowania w społeczeństwie, które wyrzekło się wyższych kulturalnych ambicji (a tak pan mniej więcej charakteryzuje nasze społeczeństwo po 1989 roku). Przecież idole kultury masowej – także ci żenujący i sezonowi, których pan aluzyjnie przywołuje w postaci Joli Rutowicz – nie są żadnymi legendami. To marionetki kapryśnego zainteresowania publiki, która od zawsze potrzebowała i żywiła się plotką, ludyczną energią, sowizdrzalską i plebejską narracją. Oraz kiczem. A więc tu – pudło.


Po trzecie – narodziny legendy nie są prostą funkcją zjawisk społecznych czy kulturalnych. Legenda jest anomalią, transgresją - a nie konsekwencją w obrębie kulturalnych zjawisk.

Żeby człowiek kultury zyskał miano legendy musi być obdarzony charyzmą działającą na odbiorców; musi wieść życie wymykające się standardom normalności obowiązującym w danej społeczności; musi wreszcie uchodzić za buntownika (samobójcza śmierć bywa tego buntu ostatecznym przejawem). Taka jest właśnie recepta na legendę.


I teraz zapytajmy – czy Mirosław Nahacz był człowiekiem z charyzmą, czy wiódł życie transgresywne i czy dawał świadectwo buntu? Jakość jego dzieła jest tu – w tej perspektywie – nieco drugorzędna. Legendę tworzy życie, nie dzieło. Bo to życie nasyca legendarnością to, co się napisało.


I dalej – nie idzie też o to, jakie były intencje i prawdziwe życie wewnętrzne (duchowe) pisarza, chodzi o to, jaki jest odbiór społeczny jego czynów i jego literatury.

Otóż Nahacz żadnego z tych warunków – jeśli idzie o społeczny odbiór – nie spełnia. Nie był postacią charyzmatyczną społecznie (i nie mówię tu o środowiskowym odbiorze, tylko o powszechnej recepcji). Publicznie sprawiał wrażenie człowieka zagubionego, skromnego, introwertycznego. Pisarza świadomego co prawda swych działań, ale nie porywającego publiczności, nie mówiąc już o tłumach. Czy wiódł życie transgresywne (wciąż mówimy o zewnętrznych jego przejawach, nie o jego prywatnej psychomachii, która zapewne znana była najbliższym przyjaciołom)? Też nie. Słychać było co prawda o rozmaitych ekscentryzmach, narkotykach, jakichś aferach z zakłóceniem porządku publicznego. Ale to wszystko – z całym szacunkiem – wciąż standard licznych młodzieżowych zachowań (niestety). Czy był buntownikiem? Żulczyk przypomina, że autor “Bombla” zarabiał m.in. pisaniem scenariuszy dla telewizyjnych seriali. Był też fetowany (choć Kościelskich nie dostał, a w moim przekonaniu za “Bombla” właśnie powinien był tę nagrodę otrzymać!), słyszałem o twórczych stypendiach (być może się mylę). Studiował przykładnie kulturoznawstwo (elitarny kierunek na UW!) i zdaje się był niezłym studentem. I gdzie tu bunt?


Wszystko to nie skreśla, ani tym bardziej nie podważa indywidualnego dramatu istnienia, niedostępnego nam - przygodnym świadkom i czytelnikom - który musiał być udziałem tego człowieka, skoro skończył tak, jak skończył. Ale nie stał się on – paradoksalnie do tego, co powiada Żulczyk ganiący na swój sposób współczesny ekshibicjonizm celebrytów – udziałem publiczności. Jakość dzieła – znów, niestety – nie potrafi sama z siebie stworzyć legendy, danina z siebie jest tu – po raz trzeci: niestety – konieczna.

Dlatego właśnie Bursa, Wojaczek, Stachura, Milczewski – Bruno; a także Hłasko wciąż trwają w zbiorowej pamięci jako “kaskaderzy literatury” (to skądinąd marketingowy pomysł – zdaje się, że Jana Marxa – który w latach osiemdziesiątych publikował sążniste i histeryczne rozważania na ich temat), straceńcy, którzy uprawiali swoiste “życiopisanie” (termin Henryk Berezy), starając się beznadziejnie połączyć idealizm własnej twórczości z pełnym rozmaitych koszmarów (głównie psychiczno – emocjonalnych) życiem. Oni te koszmary ujawniali na zewnątrz nie tylko piórem, ale całymi sobą...


Rzecz kolejna, poniekąd optymistyczna - jeśli Mirosław Nahacz miałby stać się legendą literacką – to tylko w przyszłości. Kiedy kolejne generacje odnajdą w jego życiu wariant swojego losu. Bo na razie jest pisarzem – człowiekiem istotnym dla swoich rówieśnych, których starsi – w tym piszący te słowa – pewnie nie ogarniają. Dzieło – życia i pióra – musi czasem poczekać, by znaleźć swych entuzjastów.


I ostatnia sprawa – znów zacytujmy fragment felietonu: “Nigdy nie powinien umrzeć w ten sposób – ale skoro tragedia już się stała, powinien zostać większą legendą niż Stachura, Wojaczek i Bursa razem wzięci. Pomimo 23 lat w chwili śmierci przeżył od nich dużo więcej i miał dużo więcej do powiedzenia. (...) Tymczasem zostaliśmy z milczeniem i garstką zdawkowych nekrologów. Mirek Nahacz to legenda, której nie było”.

Jak się rzekło – nie było, ale jeszcze może być. To raz. Ale dwa – cóż to za szybkie pióro, które tak łatwo niweluje doświadczenie życiopisania Stachury, Bursy czy Wojaczka? Życie Bursy liznęła II wojna światowa, nędza czasów powojennych, stalinizm, nieuleczalna w tamtych czasach choroba. Wojaczek i Stachura musieli radzić sobie w szarzyźnie PRL-u, która napiętnowała wszelką oryginalność, musieli też zmagać się z chorobą psychiczną. A ich tzw. “życie wewnętrzne”, to piekło osobowościowego zapętlenia.


Wydaje mi się, że nie powinno się tak łatwo negować czyichś demonów, bo nie wiemy w istocie jak były potężne. Ze współczuciem myślę o tym, co wymienieni przez Żulczyka twórcy przeżyli i ze smutkiem rozważam, co mieliby jeszcze do powiedzenia.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 16-02-2009  |   komentarze: (33)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl