Szukaj

Południk 21 - trailer

Humanistyka do kasacji?

 

W toczącej się dziś coraz intensywniej dyskusji na temat kształcenia wyższego w Polsce krzyżuje się wiele wątków, a debata sprawia wrażenie o tyle wielotorowej, co chaotycznej.

Jedną z kwestii jest deklasacja studiów humanistycznych – zdaje się, że zapłonem wyraźnie intensyfikującym publiczną wymianę zdań na ten temat była niedawna decyzja władz Uniwersytetu Białostockiego o likwidacji nauczania filozofii – z powodu małego zainteresowania.

Od dobrych kilku już lat daje się zauważyć technokratyzacja życia akademickiego. Są tego dobre i złe skutki – jak przy wszystkich pewnie reformach czy przemianach. Do złych – nie ja pierwszy i nie ja jeden zaliczyłbym marginalizację humanistyki.

W myśleniu władzy wykonawczej priorytet uzyskały studia zawodowe i przyrodniczo – techniczne oraz idea powiązania kształcenia akademickiego z potrzebami rynku pracy. Akurat tam, gdzie ja prowadzę zajęcia – czyli w Instytucie Polonistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego – takie myślenie nie jest nam obce. Jest to bowiem Instytut prowadzący rozmaite specjalizacje, pozwalające nabyć studentom zawodowe umiejętności i uprawnienia. Od nauczania w szkole (od klasy 4 podstawówki po poziom maturalny), przez pracę w mediach i redakcjach rozmaitego typu („papierowych” i „elektronicznych”), aż po terapię i lecznictwo (logopedia, w tym także kliniczna).

Niemniej jednak nasi studenci otrzymują też wykształcenie filologiczno – literackie, które jest wprowadzeniem w humanistykę w ogóle. To są bardzo wszechstronne studia – choć, jak zwykle zresztą – od konkretnego studenta zależy jak będzie chciał wykorzystać tę ofertę.

Czasami spotykam się z pytaniami: „no ale co można robić po Polonistyce?”. Odpowiadam zazwyczaj, że: „w zasadzie wszystko”. Można oczywiście pracować w wyuczonym zawodzie – jest np. wciąż duże zapotrzebowanie na logopedów i będzie ono pewnie dalej rosło, gdyż dysfunkcje logopedyczne związane są z przemianami cywilizacyjnymi, w tym również z rozwojem i udoskonalaniem diagnostyki. Wielu studentów, o których losach po ich wyjściu z uczelni coś niecoś wiem – pracuje w rozmaitych portalach internetowych i tu też można oczekiwać rozszerzania się tego segmentu zawodowego. Szkół też raczej nie zamkną i nawet jeśli zmniejsza się – wskutek chociażby przemian demograficznych – ilościowe zapotrzebowanie na polonistów/pedagogów, to przecież funkcjonuje naturalna wymiana kadr. Ale też widzę polonistów, moich byłych studentów – w telewizjach i radiach, w muzeach, domach oraz centrach kultury, w administracji, w agencjach reklamowych. Znam takich, którzy pracują w bankowości, ubezpieczeniach, przemyśle turystycznym itd. Znam też takich, którzy zostali przedsiębiorcami (z sukcesem), a nawet takich, którzy zajmują się – również z sukcesem – komentowaniem rynków finansowych.

Studia humanistyczne są bowiem, powtórzmy, wszechstronne, a zatem dają ogólną orientację, którą nazwać można (sięgając bliżej źródłowego, więc pozytywnego, znaczenia tego terminu) „dyletanctwem”. Kształtują też swego rodzaju elastyczność, umiejętności skutecznego komunikowania się, wyrabiają – znów powtórzmy, o ile kto chce i umie skorzystać – skłonność do samokształcenia.

Pisał już o tym w swych esejach, wiele lat temu, Jerzy Stempowski – ogólne studia humanistyczne poza tym, że dają człowiekowi narzędzia do odnalezienia się – także zawodowego – w świecie, to jeszcze formują intelekt i kształtują świadomego obywatela. Gdzieś tam nawet, znów kilka lat temu znalazłem incydentalne potwierdzenie tych tez: prezes jednego z działających na polskim rynku banków przyznał się w wywiadzie prasowym, że w jego instytucji, podczas rekrutacji nowych pracowników, mniejszą uwagę zwraca się na zawodowe – ekonomiczne czy bankowe - wykształcenie, a bardziej na osobowość i wszechstronność ubiegającego się o pracę. Prezes mówił mniej więcej tak: „bankowości to my takiego człowieka nauczymy już sami, a jego samodzielność i wszechstronność, ogólna wiedza i dynamiczność intelektualna to są atuty, których szukamy.”

Co tu opowiadam, by sparafrazować Czesława Miłosza, odkrywcze w żaden sposób nie jest; tak sobie głośno myślę. Mam też swoją opinię na temat szczegółowych rozwiązań – od kwestii oceny pracowników nauki, po organizację uniwersyteckiej dydaktyki.

Ale to może na kolejny tekst.
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 26-01-2014  |   komentarze: (3)

Z rocka do rządu

 
 
Ostatnio słuchałem trochę, z sentymentalnych pobudek, piosenek australijskiej grupy Midnight Oil (w drugiej połowie lat 80. XX wieku wylansowali przebój "Beds Are Burning").

Liderem i wokalistą tego zespołu był Peter Garret, znany ze swych lewicowych poglądów oraz zaangażowania politycznego. Zaangażowanie to pchnęło go w 2002 roku w objęcia realnej polityki. Garret opuścił zespół (a ten sukcesywnie zakończył działalność), by w 2004 roku, z ramienia australijskiej Partii Pracy, stać się posłem do parlamentu.

Dalej było jeszcze ciekawiej. W 2007 roku – achtung! – poseł zostaje Ministrem Kultury, bo chyba tak trzeba przetłumaczyć nieco kuriozalny oryginalny tytuł (Minister for the Environment, Heritage and the Arts) i piastuje ten urząd do 2010 roku. Znowu wygrywa parlamentarny mandat, by w gabinecie Julii Gillard objąć tym razem tekę Ministra Edukacji (tu jeszcze fajniejsza nazwa: Minister for School Education, Early Childhood and Youth) i zarządzać ową instytucją aż do września minionego roku.

Czy podobna kariera kogoś takiego byłaby możliwa u nas? Poniekąd ze dwa przypadki dałoby się już znaleźć. Po pierwsze piosenkarz Piotr Szczepanik, ten od "Żółtych kalendarzy", który za prezydentury Lecha Wałęsy szefował w Jego Kancelarii Zespołowi Współpracy ze Środowiskami Twórczymi. Ale niczym szczególnym się chyba nie wykazał, przynajmniej nie pamiętam, no i jednak nie można jego twórczości wiązać z poetyką rocka; a wręcz przeciwnie.

Drugi przypadek to Piotr Klatt, wokalista i lider ważnego we wczesnych latach 90. XX wieku zespołu rockowego Róże Europy (megahit: "Jedwab"), który poszedł w urzędniki: dyrektorował Krajowemu Festiwalowi Piosenki Polskiej w Opolu oraz Krajowym Eliminacjom do Konkursu Piosenki Eurowizji, a obecnie – o ile się nie mylę - pracuje w jednej z krajowych instytucji samorządowych na stanowisku średniego szczebla.

Ani jedna, ani druga kariera z sukcesami politycznymi Garreta nie może się jednak mierzyć. Choć akurat Szczepanik, zdaje się, ostatniego słowa nie powiedział: w 2005 roku był członkiem Honorowego Komitetu Poparcia Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich; w 2007 poparł Prawo i Sprawiedliwość w wyborach parlamentarnych, a w 2010 Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Dla Wojciecha Wencla, o którym pisałem poprzednio, może więc stanowić konkurencję w biegu do najwyższych urzędów państwowych w ewentualnych przyszłych rządach PiS –u.

Notabene WW, po popełnieniu artykułu podpowiadającego Jarosławowi Kaczyńskiemu ruchy organizacyjne w Ministerstwie Kultury, które Prezes powinien podjąć jako Premier, zmienił swój wizerunek na własnym blogu. Teraz stronę otwiera fotografia poety w ciemnym garniturze i czarnym krawacie (skąd my to znamy?), zamyślonego w pozie znanej powszechnie z obrazu Walentego Wańkowicza "Mickiewicz na Judahu skale" – z tym że skałę zastępuje tu solidne biurko, a przyrodę krymską stos własnych książek WW oraz skromna, acz gustowna, filiżanka z kawą. Z fotografii bije właściwe poważnemu człowiekowi i liczącemu się poecie, a być może i przyszłemu urzędnikowi państwowemu wysokiego szczebla, dostojeństwo…

Wracając do Petera Garreta – byłaby więc podobna kariera możliwa także i u nas? I kto by ewentualnie mógł być – spośród czeredy artystów rockowych – możliwym do niej kandydatem?

Po namyśle wydaje mi się, że chyba jedynie Zbigniew Hołdys, gdyby mu jakaś partia zaproponowała stanowisko w resorcie kultury czy szkolnictwa, nie odmówiłby. Ale może się mylę – zarówno co do osoby jak i decyzji.

Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 19-01-2014  |   komentarze: (1)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl