Szukaj

Południk 21 - trailer

Wegetujący pisarze

W „Dużym Formacie” (nr 2/910) rozmowa z pisarką Tamarą Bołdak – Janowską. Rozmowa wstrząsająca, jeśli chodzi o życie osobiste autorki i jej doświadczenia, warta stanowczo przeczytania.
Pojawia się podczas konwersacji Tamary Bołdak – Janowskiej z Katarzyną Surmiak – Domańską wątek statusu materialnego pisarza. Jak można się domyśleć ten status w przypadku bohaterki wywiadu nie jest wysoki:
„Żyjemy z emerytury męża, 1200 zł. Czasem wpadnie mi kilkaset złotych za eseje, które pisuję do „Czasopisu”, pisma polskich Białorusinów. Na napisanie „Utopii” i cyklu rozmów „Co dobrego było w peerelu” otrzymałam stypendium z Ministerstwa Kultury. Raz dostałam zasiłek z pomocy społecznej.
Schudłam ostatnio 15 kilo, bo narzuciłam sobie także reżim w diecie. Muszę oszczędzać na Internet. Bez Internetu nie mogłabym pisać, a bez pisaninie mogłabym żyć. No i na leki. Od śmierci młodszej córki jadę cały czas na psychotropach.”
Tamara Bołdak – Janowska uprawia nonkonformistyczne, niekomercyjne pisarstwo, o jakim można powiedzieć – używając nieco staroświeckiego określenia, - że jest wysokoartystyczne. Rzeczywiście – jego jakość musi być znacząca, skoro pisarkę nominowano, jak stwierdza Katarzyna Surmiak – Domańska „do najważniejszych nagród literackich”.
Przypadek autorki „Ceremonii węglowej” odsyła do rzeczy ogólniejszych, które zresztą, co jakiś czas, powracają a to w publicystyce kulturalnej, a to gdzieś w socjologii literatury czy też pojawiają się na obrzeżach literackiej krytyki.
Jak to bowiem z polskimi pisarzami (a osobliwie poetami) bywa? Z czego, i jak, żyją? A przy okazji – pisarz to zawód, można na tym zarabiać w dzisiejszych czasach w Polsce?
Pytania stare jak świat, jednak może dwa słowa na ten temat.
Po pierwsze tzw. zawodowych pisarzy (utrzymujących się ze swych książek)w naszym kraju jest stosunkowo niewielu. Jedni, jak np. Marek Krajewski – mówią o tym otwarcie, inni ukrywają (bez nazwisk), jeszcze inni w ogóle się rozważaniami o ich statusie nie interesują (jak Andrzej Stasiuk).
Ale może jest ich niewielu, bo – znów truizm – rodacy mało czytają. W tym samym numerze „DF” w swym felietonie Krzysztof Varga przytacza badania Biblioteki Narodowej:
„BN przebadała niedawno czytelnictwo w Polsce i wyszło jej, że spadło w ostatnich latach z 50 do 38%, a odsetek kupujących książki - z 33 do 23%. Zatem 62% Polaków nie miało przez rok kontaktu z żadną książką. Jeśli dobrze rozumiem, z literalnie żadną, a więc także z książką kucharską czy poradnikiem fitness.”
Nawet jeśli uznamy, że jednak z książkami kucharskimi, poradnikami fitness czy podręcznikami jednak sporo Polaków miało kontakt (nie uznając wszakże tychże za „książki”, a więc nie wykazując kontaktu z nimi w sondażu BN), to i tak liczby są wstrząsające.
Zatem większość ludzi parających się u nas pisarstwem zarabia w inny sposób, traktując twórczość jako swoiste hobby etc. Nawet ci, którzy owo hobby traktują nadzwyczaj poważnie gdzieś tam dochody uzyskują. Chyba że czasami świadomie wybierają ryzyko wegetacji (taki jest przypadek Tamary Bołdak – Janowskiej, o czym wspominam z najwyższym szacunkiem). Zresztą czasami granice między zawodem a twórczością są niewyraźne – np. w przypadku reporterów zatrudnionych po gazetach, telewizjach, wydawnictwach itd., którzy jakby równolegle, a jednak trochę obok „pracy” „tworzą”.
Po drugie – funkcjonują dwie szkoły (Tadeusz Konwicki niegdyś pisał, że „falenicka” i „otwocka”) patrzenia na zawód pisarza. Zwolennicy jednej mówią (piszą) tak – literatura winna się sprzedawać, a pisarze utrzymywać z własnej (wy)twórczości. Żadnego wspomagania, żadnych stypendiów, dotacji, grantów z naszych podatków na twórczość. Zwolennicy drugiej mówią, że jednak kultura z istoty i w większości swoich wytworów (zwłaszcza tych z ambicjami estetycznymi) bywa deficytowa.
Byłbym się skłaniał ku „szkole otwockiej”, myślę jednak, że trzeba by tu coś zmienić. To świetnie, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego daje stypendia twórcom (niewysokie, ale realne), że sami pisarze coraz częściej znajdują sponsorów czy sięgają po zagraniczne granty. Liczyłbym jednak na większy udział samorządów w procederze wspierania artystów.
Spotkałem kiedyś pisarza niemieckiego, uprawiającego literaturę niekomercyjną właśnie – który był rezydentem jednej z dzielnic Berlina. Dostawał przyzwoite pieniądze, władze dzielnicy dawały mu także do użytku mieszkanie (z czego nie skorzystał, bo miał swoje, w innym rejonie miasta). Oczekiwano od niego w zamian udziału w rozmaitych lokalnych przedsięwzięciach kulturalnych podczas trwania tego rocznego stypendium. Mój niemiecki kolega nie martwił się za bardzo co dalej: składał już aplikacje do innych dzielnic, miast, gmin, landów itd. I spokojnie sobie pisał.
 
 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 20-01-2011  |   komentarze: (11)

"Dziecko z chmur"...

… taki tytuł nosi książka Justyny Bigos i Beaty Mozer (Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2010).  Jest to, miejscami bardzo mocna, opowieść o gehennie niepłodności, leczeniu tejże, a wreszcie o adopcji (zakończonej pozytywnie i nazywanej tu „darem”).
Książka miesza dwa porządki. Opowiada o subiektywnym aspekcie doświadczenia ludzkiego i w tym wymiarze jawi się jako rodzaj (śmiałej często, jak na polskie realia obyczajowe) konfesji; jest także zapisem uczestnictwa w procedurze, w wyniku której dziecko porzucone (oddane, bezrodzicielskie) trafia do pary kochających się ludzi, zdolnych dać mu to, czego tzw. biologiczni rodzice dać nie umieli (nie potrafili, nie byli zdolni).
W tym drugim porządku jest więc poradnikiem, a także rodzajem instruktażu.
Przyznam, że mam kłopot z jednym i drugim porządkiem tej książki, choć przecież uszlachetnia ją cel, dla którego powstała.
Problem z porządkiem drugim (poradniczym) jest typowy (jak mi się wydaje, po lekturze wielu takich pozycji) dla tego typu literatury: jest ona pisana amatorsko i przez to oferuje kształt małoprzyjazny czytelnikowi. Idzie o styl, typ narracji, nieporadności stylistyczne, szorstkość językową. O takich książkach mówi się, że zabrakło im redaktora, ale wydaje mi się, że często autorzy poradników cierpią na zwykły brak literackich talentów. Redaktorska „obróbka”, głównie zresztą w zakresie kompozycji, mogłaby oczywiście im (książkom tego typu) pomóc, ale sprawa wydaje się jednak lekko beznadziejna u samej genezy. Żeby czytać rozumiejąco poradniki, trzeba po prostu być niewrażliwym na estetyczny aspekt istnienia słowa pisanego. Oczywiście wiem, że licznym czytelnikom kompletnie to nie przeszkadza. Mnie jednak tak.
Teraz aspekt podstawowy: konfesyjność. I znów - liczni czytelnicy cenią sobie autentyczność emocji i – by tak rzec – brak estetycznego zapośredniczenia snutej narracji. Autorki zdają sobie zresztą sprawę z zagrożeń i wspominają o ekshibicjonizmie własnych wyznań. Ok. A jednak. Nademocjonalizm opowieści, jeśli nawet stanowi zaletę dla niektórych czytelników (pozwalając im się utożsamić z przytoczonymi sytuacjami oraz uczestniczącymi w nich ludźmi), bywa jednak miejscami nieznośny i – co tu kryć – wchodzi w paradę założeniom poradnikowym. Krótko: albo piszemy książkę autoterapeutyczną, albo poradniczą. Połączenie tych dwóch energii (i ambicji) niszczy cały pomysł (bo oba porządki niwelują się miejscami wzajemnie).
Wiem, o czym piszę. Przeszedłem, wraz z żoną, wiele upokarzających (tak naprawdę) procederów opisywanych w książce. Zaliczyliśmy także kurs PRIDE na rodzinę zastępczą i adopcyjną, który autorki charakteryzują. I jestem teraz, takie mam wrażenie przynajmniej, szczęśliwym rodzicem zastępczym dla Basi (która, mam nadzieję, czuje się wreszcie dzieckiem w prawdziwej rodzinie, prawdziwą siostrą Weroniki i Klementyny). A ta omawiana książka, zrodzona z autentycznych przeżyć i w intencjach szlachetna – jest nadzwyczaj, niestety, nieznośna.
I co ciekawe – bronią ją głównie piękne motta. Jak to, Khalila Gibrana z poematu „Wasze dzieci”, mówiące o autonomii dziecka jako ludzkiej jednostki. O której to autonomii jakże często zdają się zapominać także rodzice cieszący się przywilejem naturalnego rodzicielstwa:
„Wasze dzieci nie są waszą własnością,
są synami i córkami samej mocy Zycia.
Jesteście ich rodzicami, ale nie
stworzycielami. Mieszkają z wami,
a mimo wszystko do was nie należą.
Możecie dać im swą miłość – lecz nie
wasze idee. (…) Możecie wysilać się, by
dotrzymać im kroku, ale nie żądać, by były
podobne do was, ponieważ życie się nie
cofa ani nie może zatrzymać się na dniu
 wczorajszym. Wy jesteście jak łuk,
z którego wasze dzieci jak żywe strzały
zostały wyrzucone naprzód.”
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 13-01-2011  |   komentarze: (0)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl