Według mistrzów cz. III (Adam Zagajewski)

Tom esejów Adama Zagajewskiego pod tytułem “Solidarność i samotność”, wydany na emigracji, wywołał w połowie lat 80. prawdziwe poruszenie w krajowym życiu kulturalnym i literackim.

Tak pisał pisał o nim młody podówczas poeta i krytyk z kręgu “Brulionu” (numer 1988/7-8, artykuł “Okopy i afirmacja”) Krzysztof Koehler:

“W poezji polskiej ostatnich lat nie panowała zbyt dobra atmosfera. Konieczność “walki”, obrony tradycji wywołała ducha “służby”, postawiła literaturę w sytuacji obleganej przez wroga twierdzy. Wszystko to przyniosło poezji rażące ubóstwo i myślowe, i językowe. Żelazne walce zomo (z wiersza A. Kamieńskiej z drugoobiegowego pisma “Wezwanie” 1986 nr 11 – JK) toczące się przez Polskę, toczyły się też przez karty tomików najpierw małego, a potem nawet większego formatu, siejąc spustoszenie. Najwyższą instancją, do jakiej odwoływali się obrońcy, był łatwo wyczuwalny duch romantyczny.
Wąskie wyjeżdżone romantyczne koleiny nie sprzyjały kontemplacji złożoności świata. (...) Poezja martyrologiczna posługująca się czarno – białym, kowbojskim schematem, sięgająca do wąskiego kręgu tematycznego, zdominowała życie literackie i literaturę.

(...) Wtedy właśnie pojawił się Zagajewski ze swoim stwierdzeniem, że potwór totalitaryzmu został pokonany przez życie, przez obfitość istnienia. (...) Książki Zagajewskiego (Koehlerowi chodziło też o tomik wierszy “Jechać do Lwowa” – JK) wywołały w kraju atmosferę wydarzenia literackiego. Swoim przesłaniem otwarcia się na świat spełniły żądanie chwili.”

To był zaiste świeży oddech – czytać w kraju rozdzieranym przez konflikt polityczny tę pochwałę indywidualizmu i prawa do jednostkowej twórczej samotności, nieuwikłanej w doraźne – choćby i ważne na poziomie społecznym – spory i uliczne walki.

W kluczowym miejscu swego tytułowego eseju z tomu “Solidarność i samotność” Zagajewski pisał tak:

“Mamy tu do czynienia z dwoma przeciwstawnymi prądami; z pożądanym ujednoliceniem się woli zbiorowej w dziedzinie konfliktu politycznego i z równie pożądanym różnicowaniem się zbiorowości tam, gdzie idzie o ekspresję.”

O tekstach z tomu “Jechać do Lwowa, ilustrujących powyższą tezę, Marcin Świetlicki – w ankiecie “NaGłosu” (1990/2) powie tak:

“Te wiersze wyrastają ponad małą ideowość, zaślepienie i absolutny brak słuchu, tak charakterystyczne dla większości produkcji poetyckiej owego <<powojennego>> okresu.”

By w końcu w znanym wierszu “Dla Jana Polkowskiego” wyrazić zdegustowanie prostackim zaangażowaniem sztuki (literatury) w sprawy polityczne (choćby i słuszne z moralnego czy też innego punktu widzenia):


“Trzeba zatrzasnąć drzwiczki i otworzyć okno,
otworzyć okno i przewietrzyć pokój.
Zawsze się udawało, ale teraz się nie
udaje. Jedyny przypadek,
gdy po wierszach
pozostaje smród.


Poezja niewolników żywi się ideą,
idee to wodniste substytuty krwi. (...)


W poezji niewolników drzewa mają krzyże
wewnątrz – pod korą – z kolczastego drutu. (...)


Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem
głodny, samotny, my dwoje, nas czworo,
nasza ulica – mówią cicho: Wanda
Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid,
Józef Piłsudski, Ukraina, Litwa,
Tomasz Mann, Biblia i koniecznie coś
w jidisz (...).

Tak. Zagajewski, a później także moi liczni rówieśnicy, skutecznie zaszczepili mnie przeciw konceptowi literatury zaangażowanej, która – poza nielicznymi wyjątkami jak choćby casus Władysława Broniewskiego (i ten nie zawsze) – jest zazwyczaj służebnicą rzeczy mniejszych od samej siebie. I wszystko jedno o jaki znak zaangażowania idzie dziś – czy ten spod egidy środowiska “Krytyki politycznej” czy spod pióra – dajmy na to – Bronisława Wildsteina.

 
Kategoria: brak  |   Autor: Jarosław Klejnocki  |   dnia: 04-01-2010  |   komentarze: (4)


(c) 2008 klejnocki.wydawnictwoliterackie.pl  |   Projekt i wykonanie www.yellowteam.pl